Szybko walnęłam się na łóżko. Nie wiem czemu, zaczęłam płakać... Płakałam, płakałam aż usnęłam. Obudziłam się następnego dnia zmęczona, smutna, ale w sercu... szczęśliwa. Zeszłam do kuchni, a on już tam był.
-Przepraszam...
-Nie... nic się... nie stało...- mówiłam. Byłam dziwnie smutna, ale i szczęśliwa.
Poszłam do swojego pokoju. Upadłam na łóżku, i zaczęłam uśmiechać się. ''Bez powodu". Nie wiem kiedy, usnęłam. Znowu... Obudziłam się o siedemnastej... przypomniałam sobie, jak obiecywaliśmy pomóc sobie w zdobyciu pewnych osób. Tak naprawdę, moja nie istniała...
Usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę!- krzyknęłam.
Do pokoju wszedł Luke.
-Można?
-Mówiłam, proszę.
-Przepraszam cię za tamto... nie wiem, co we mnie wstąpiło.
-Nie ma sprawy...- powiedziałam, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech i rumieńce.
-Ooo, Carrie się rumieni... Słodko.
-Wcale nie! Mam... gorączkę! Tak, gorączkę mam.
-Spoko. A uśmiech...?- spytał podchwytliwie.
-Cicho! Nieważne. Ale wiesz, że powiedziałeś, że nie jesteśmy przyjaciółmi?
-Yyyy... poniosło mnie. Taak...
-Dobra, nie udawajmy. Miałam ci pomóc. Nadal chcesz, czy nie?
-Nie chcę. Sam sobie dałem radę.
-Co...?
-Tej dziewczyny naprawdę nie było. Od początku mi się podobałaś...- mówił zawstydzony.
Nie mogę wyrazić tego słowami... co czułam... to było piękne...
-Będę jak pusta lalka... też mi się podobałeś...
-Nie jesteś jak one. One się kleją, przymilają... ty jesteś inna. Za to cię lubię...
Znowu poczułam, że się rumienie. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, więc się uśmiechnęłam.
-To co, jedziemy gdzieś?- spytał.
-Spoko... Może znowu nocowanie pod gołym niebem?
-Okej, będzie fajnie. Przejedziesz się na Angle?
-Nie wiem... raczej nie.
-Czemu, chodź.- powiedział wstając i ciągnąc mnie za rękę.
-Dobra, spróbuję.- odpowiedziałam.
Przez całą drogę trzymał mnie za rękę. Czułam się dziwnie, ale byłam szczęśliwa. Gdy przechodziliśmy obok naszych mam, oboje zaczęliśmy się śmiać. Weszliśmy do stajni. Osiodłaliśmy konie.
-Muszę?- spytałam.
-Nie musisz, chcesz.
Nic nie powiedziałam. Spróbowałam wejść na konia, ale ona najwidoczniej tego nie chciała.
-Widzisz, nawet ona nie chce.
Luke podszedł do niej, i zaczął ją uspokajać.
-Spokojnie... nic ci się nie stanie.
Koń stanął, i pozwolił mi wejść. Gdy usiadłam, przypomniały mi się chwilę, jak jako male dziecko tata sadzał mnie w tym samym siodle, na tym samym koniu i mnie prowadził... Nie płakałam. Uśmiechnęłam się, i pomyślałam ,,Tak jak kiedyś tato...'', i pognałam na niej w stronę łąki. Gdy już wjechałam na łąkę, usłyszałam:
-Ej, Carrie!- krzyknął Luke.
-Hę?
-Może pojedziemy do nas? Mam dwa wolne boksy.
-Masz stajnie?- zdziwiłam się.
-Mam. To jedziemy?
-Możemy, daleko?
-To najbliższe miasto...
-Mieszkasz tam? Często tam jeżdżę... Na Eklerze.
-Tak, mieszkam. Jedźmy.
Uśmiechnęłam się jednoznacznie.
Było pięknie. Słońce zachodziło, my gnamy na koniach daleko... Nic nas nie obchodzi. Jesteśmy szczęśliwi. Moje rozwiane włosy, chyba fajnie wyglądają na tle niebieskiego nieba, bo Luke nie może oderwać od nich wzroku, i się uśmiecha. Jego uśmiech jest taki... śliczny... Zawsze marzyłam, by poznać kogoś takiego... przystojnego, miłego, opiekuńczego... innego niż wszyscy.
-Carrie...?- powiedział podjeżdżając do mnie.
-Tak?- spytałam.
Chłopak znowu popatrzył mi się głęboko w oczy. Złapał mnie za rękę, i znowu mnie pocałował. W trawie usłyszałam jakby aparat. Luke szybko popatrzył się w tamtą stronę, i walnął ręką w czoło. W trawie siedział chłopak, który jak mnie zauważył, szybko pobiegł. Popatrzyłam się na Luke'a, i zaczęłam płakać. Wykorzystał mnie... znowu się na nim zawiodłam. Pewnie chciał się odgryźć na byłej...
-Zejdź.- rzuciłam oschle.
-Carrie ja
-Zejdź.- przerwałam mu.
-Carrie... to nie tak.
-Złaź!- krzyknęłam, wyrywając mu wodze z dłoni.-Sorry.- powiedziałam obojętnie, i kazałam Eklerowi i Angle biec. Trzymałam dwie pary wodzy w rękach, więc ja nie spadłam, ale Luke już tak. Gdy odjechałam na ok. 50 metrów, zobaczyłam linkę na ziemi. Zatrzymałam się, przywiązałam do niej Eklera i prowadziłam dwa konie. Na plecach czułam tylko spojrzenie Luke'a. Tym razem mu nie wybaczę. Nie byłam silna. Byłam słaba... Moje życie, od dziecka było beznadziejne. Jako kilkuletnia dziewczynka znalazłam nieżywego brata w łazience, zalanego krwią. Czerwony kran, lustro, prysznic, podłoga, ściany... widziałam śmierć mojego ojca... i tak naprawdę, śmierć mojego wujka... popełnił samobójstwo, nie wiedząc, że stoję za nim... moja mama powtarza mi, że mam naprawdę mocną psychikę... i tak już trochę się... ''popsuła''. Płaczę za każdym razem, gdy usłyszę, że jestem gruba, głupia, brzydka... a jak ktoś mnie zrani? Mogę tygodniami nie wychodzić z pokoju. Tak. Nie jestem normalna... Ale tym razem było inaczej. Nie płakałam... bardzo. Chciałam zemsty. Moja dusza pragnęła zemsty. Moje serce pragnęło zemsty. Ale nie chciałam tego. Rozum mówił mi, że nie mogę tego zrobić. Nie chciałam... Gdy doszłam do stajni, zamknęłam Eklera w boksie i popatrzyłam na Angle, zaczęłam płakać. Przypomniał mi się najpierw mój tata, jak sadza mnie na niej, potem mój wujek jak wygrywa na niej wyścigi, mój brat jak uczy mnie jeździć, i Luke, dzięki któremu znowu ją odzyskałam... Popatrzyłam na jej smutne oczy... i doszło do mnie, że ona również przeszła bardzo dużo... rozumiała, że przez nią zginął jej właściciel i mój tata, przeżyła śmierć swojego pierwszego właściciela- mojego wujka, śmierć mojego brata... a mimo to, uważałam, że to jej wina.
Zawsze traktowałam zwierzęta na równi z ludźmi. Podeszłam do niej, przytuliłam ją i znowu zaczęłam ryczeć jak głupia.W tej chwili do stajni wszedł Luke.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz