czwartek, 26 czerwca 2014

Neova. Anioły i demony


Jestem Neova ,córka demona i anioła,upadły anioł.Moją historię zacznę jednak piętnaście lat wstecz.







- Szybciej Amevio!-rzekł ozięble,smukły mężczyzna stojący obok niej
Kobieta nie odpowiedziała,spojrzała jedynie na mężczyznę,martwym wzrokiem pełnym obaw i strachu.
- A co jak nas znajdą?- zapytała,kładąc rękę na brzuch- Co w tedy będzie z dzieckiem?!
- Nie pozwolę by coś mu się stało- oznajmił i ruszył w stronę lasu,ścieżką z chmur.
Blond włosa kobieta ruszyła za nim.Nagle kobieta uklękła.
- Już,to już teraz!- krzyknęła nerwowo
Mężczyzna podbiegł do kobiety.Objął ją w pasie i pomógł wstać.
- Nie martw się,jestem przy tobie- rzekł łagodnie
Mężczyzna odsuną się od kobiety,która zaczęła lśnić na złoto.Nagle całą kobietę otoczył krąg złotych
promieni.Po chwili jednak promienie ustąpiły ukazując złotowłosą anielice, trzymającą małą dziewczynkę
o czarnych włosach, na rękach.
- Czyż ona nie jest śliczna?-uśmiechnęła się do mężczyzny
- Owszem jest- odpowiedział podchodząc do kobiety-nagle słychać było, że ktoś się zbliża...To Anioły Sprawiedliwości! Stanął przed nimi ich wódz  i spojrzał bez namiętnym wzrokiem na nich.
-Zostaliście oskarżeni o zdradę! Z rozkazu Pana mam was aresztować.
-A co będzie z nią?-popatrzyła na małą, śpiącą w jej rękach dziewczynkę.
-To nie ja będę o tym decydować. A teraz zamknąć ich w kajdanki-zwrócił się do pozostałych aniołów.
-Tak jest!-rozległo się chórem.
-Nie błagam! Nie!-dało się słyszeć rozpaczliwy krzyk Amevii niepozwalającej odebrać sobie małej...Jednak na próżno zdały się jej starania, zabrano jej dziewczynkę. Próbowała szukać pocieszenia w oczach jej towarzysza, ale nie zobaczyła tam nic poza bólem i udręką.

Pewnie też obwinia się o to co się stało.

-Idziemy!-padła komenda.
Szli tak przez 10 minut co jakiś czas, byliśmy pośpieszani przez anioły kłuciem w plecy kijem, aż doszli do Budynku Osądzenia.

To zabawne...Jako mała dziewczynka zarzekałam się, iż nigdy tu nie trafie, za żadne skarby świata. A dzisiaj proszę zmierzam w jego stronę. Gdybym tylko mogła uchronić ją od takiego losu...Jestem potworną matką!

-Owszem jesteś-usłyszała głos za sobą, gwałtownie się odwróciła w stronę głosu. Powiedział to Eksyriusz
-Ty sam nie okazałeś się zbytnią wyobraźnią kiedy mnie uwiodłeś!-syknęła.
-Ja?! To ty tymi swoimi sztuczkami mnie uwiodłaś! Ja ciebie, co za bzdury!
-Cisza-krzyknął jeden z aniołów.
Weszli do budynku i stanęli przed wielkim biurkiem, a za nim siedział Pan. Na jego twarzy nie widać było złości czy wyrzutów, a jedynie troskę.
-Moje dzieci co wyście znów narozrabiały?-zwrócił się do nich. Pochyliła jedynie głowę ku ziemi i utkwiła w niej spojrzenie.
-Nie bójcie się, jestem waszym sprzymierzeńcem i wasze grzechy zostaną przebaczone ale musicie mi o nich szczerze powiedzieć.
- Panie ich jedynym grzechem jest to - oznajmił jeden ze strażników,pokazując trzymające na rękach,czarnowłose niemowlę.
-To dziecko!-Powiedział z lękiem , najświętrzy-To ani anioł, ani demon
Strażnik podał dziecię Panu,a ten spojżał na nie łaskawym wzrokiem.
-Proszę nie zabijajcie jej!-Krzyknęła przestraszona Ameviia
-To dziecko nie powinno istnieć- Oznajmił najświętszy-Nie zabije go, bo każdy ma prawo korzystać
z najcenniejszego daru życia,ale też nie oddam go wam.To niemowlę na pierwszy rzut oka niewinne,
jest w rzeczywistości niebezpieczne.
-Błagam Panie!- Wykrzyczała błagalnie anielica.
-Nie dasz sobie z nią rady.Ta dziewczynka zostanie tutaj na zawsze.W ten sposób nie wyrządzi nikomu krzywdy-Oznajmił

I tak właśnie królestwo Pana stało się moim więzieniem.
Przez cały czas wszyscy mnie omijali szerokim łukiem,
a ja jako mała dziewczynka nic nie wiedziałam...
W wieku czternastu lat opanowałam do perfekcji władanie
mieczem dlatego przyjęli mnie do straży.




    Tam poznałam Mata, który jako jedyny odzywał się do mnie.

                                     Zagadką dla mnie jednak było czemu on nie miał skrzydeł?!


-No to co?Kolejna runda?- Zapytał beznamiętnie biało włosy
-Tak- Odpowiedziałam lekko znużona
-Jeszcze nie masz dosyć?-Zapytał zdziwiony-Spójrz na siebie, ledwo stoisz na tych nogach,
nie mówiąc już o tym jak trzymasz miecz...
-Co tam nogi, mam jeszcze skrzydła!-Oznajmiłam rozwijając białe skrzydła z czarnymi końcówkami.
-Zrobisz sobie krzywdę-Oznajmił beznamiętnie
-Nie,dam sobie rade! No chodź- Odpowiedziałam wzbijając się w górę na wysokość około dwóch
metrów.
Nagle poczułam się jak na karuzeli,oczy zaczęły mi się same zamykać.Gdy już całkiem zamknęłam
oczy znużona spadałam ku ziemi.




czwartek, 19 czerwca 2014

Czas leczy rany II-

-A co boisz się mnie?-zadrwił.
-Ja się nie boje nikogo, a w szczególności ciebie!
-Możesz się poskarżyć tatusiowi-zakpił ze mnie.
-Masz serce z kamienia!-wrzasnęłam i zaczęłam biec w stronę mojego domu. Poczułam piekące łzy w oczach.
-Roz!-zawołał za mną Konrad i zaczął biec w moim kierunku.
-Proszę zostaw mnie...Mam już dość-spojrzałam na niego czerwonymi od płaczu oczami.
-Nie zostawiaj mnie z nim sam na sam-patrzył na mnie błagalnie.
-Chce zostać sama-powiedziałam, byłam już przed drzwiami wejściowymi i zamknęłam je.
-Roz błagam cię!-zaskomlał.
-Jak można się tak płaszczyć przed dziewczyną?-nie rozumiał Henry.
-Skoro nie wiesz to się nie dziw, że jej nie masz-powiedział drwiącym głosem.
-Ja zawsze dostaje to co chce-rzekł tajemniczo.
-Jej na pewno nie dostaniesz!
-Założymy się?
-Ty! Jeśli jeszcze raz ją obrazisz dostaniesz!
-Hmm...Szczerze mówiąc nie sądzę.
-Teraz przegiąłeś!-walnął go z całej siły w brzuch, a tamten mu odpowiedział ale uderzył go w głowę w takie miejsce, że padł na zimie. Widziałam i słyszałam wszystko z kuchni.
Otworzyłam drzwi i wybiegłam.
-Coś ty mu zrobił?!
-Nic takiego.
-Nic takiego! On zemdlał!
-Nie powinno mu się nic stać to było lekkie uderzenie-zaczął się tłumaczyć.
-Idź stąd!
Pobiegł sprintem w stronę lasu.
-Nic ci nie jest?-zapytałam z troską.
-Nie.
-Chodź do domu-weszliśmy do mieszkania.
Zaprowadziłam go do kuchni i wyjęłam z szafki apteczkę.
-Uh-stęknął kiedy oczyściłam rany wacikiem nasączonym wodą utlenioną.
-Szczypie?
-Trochę-uśmiechnął się blado.
-Czy jak pocałuje mniej będzie bolało?
-Tak. Boli mnie tu-pokazał na czoło- I tu-teraz wskazał nos-A tu najbardziej-dotknął palcem wargi.
Pocałowałam bolące miejsca, a przy ostatnim przyciągną mnie do siebie i czule pocałował.
-Nie przejmuj się nim. Nie jest tego wart-popatrzył mi w oczy.
-Wiem, że nie powinnam była uciekać-poczułam ciepłe łzy na policzku-Tęsknie za nim.
-Za Hubertem?-spytał z niedowierzaniem.
-Nie głuptasku za tatą-nagle głos mi się załamał-Bardzo mi go brakuje.
-Chodź-wziął mnie na ręce i wniósł do mojego pokoju. Potem położył na łóżku i usiadł koło mnie.
-Kocham cię-szepnął mi do ucha.
-Ja ciebie też-przytuliłam się do niego, a on oplótł mnie ramionami.
Siedzieliśmy tak w ciszy, każdy myślał o czymś innym. Ale nie była to uciążliwa cisza.
-Pójdziesz dzisiaj ze mną na grób?
-Pewnie, że tak.
-Dziękuje.
Nachylił się nade mną i pocałował delikatnie. Potem wtuliłam się w niego.
-Może coś zjemy?-zaproponowałam.
-Bardzo chętnie.-uśmiechnął się do mnie i poszliśmy do kuchni.
-Na co masz ochotę?
-A może ja coś zrobię? Co powiesz na naleśniki?
-Dzięki. Bardzo chętnie.
Już po 15 minutach już zajadaliśmy naleśniki z dżemem malinowym.
-Jak ty to robisz, że zawsze robisz takie pyszne jedzenie?
-Samo wychodzi-wzruszył ramionami.
-Oj już nie bądź taki skromny.
-Zmieńmy temat. Idziemy na grób twojego taty?
-Tak. Poczekaj wezmę wkłady i znicze z szafki i już możemy iść.
Poszłam do pokoiku na strychu i wzięłam 4 wkłady i 2 znicze. Robert już czekał w przedpokoju.
-Nie smuć się proszę-przytulił mnie,a po chwili łzy płynęły z moich oczu.
-Nie potrafię wiesz jak bardzo mi go brakuje...Rozmów z nim, wspólnego oglądania telewizji, picia razem herbaty. Ktoś by pomyślał, że minęło sporo czasu, a mnie już powinno przestać go brakować. Ale to nie możliwe-otarł mi łzy chusteczką i spojrzał mi w oczy, a ja w jego ujrzałam błysk zrozumienia.
-Wiem jak to jest-szepnął (jego mama zmarła na raka kiedy miał 12 lat)
-A ja wiem, że wiesz-jego oczy zabłysły kiedy się do niego uśmiechnęłam-tylko ludzie którzy stracili kogoś bliskiego mogą wiedzieć co czuje ja  i ty.
-Tak...-posmutniał nagle i jego łzy zabłysły. Zaczął patrzeć na podłogę żebym ich nie zobaczyła.
-Ej to nic strasznego kiedy okazujesz uczucia-uśmiechnęłam się do niego-Dla mnie zawsze będziesz moim bohaterem.
Chwycił mnie za rękę i przyciągną mnie do siebie.
-Mówiłem ci już, że jesteś wspaniała?
-Jakieś milion razy!
-To powiem ci to po raz milion pierwszy. Jesteś wspaniała-uśmiechną się do mnie, a jego oczy stały się jaśniejsze, jak za każdym razem kiedy mi to mówi.
-To niesamowite.
-Co jest niesamowite?
-To, że masz takie śliczne oczka!
-Dzięki-uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-No dobra teraz koniec tego gadania. Idziemy na groby.
Wyszliśmy trzymając się za ręce. Podążaliśmy tak w milczeniu spoglądając na niebo. Doszliśmy na miejsce po 15 minutach. Przekroczyliśmy bramę i przeszliśmy koło wielu grobów aż trafiliśmy na grób mojego taty i jego mamy. Wyjęłam znicze z siateczki, zapaliłam je na obu grobach i powymieniałam wkłady. Pomodliliśmy się, a potem staliśmy wspominając dobre chwile spędzone razem z nieobecnymi bliskimi.
Przypomniał mi się dzień kiedy tata próbował nauczyć mnie pływać...Na początku bardzo się bałam, ale kiedy spojrzałam w jego oczy i dostrzegłam w nich wiarę...Wiarę we mnie. Tego dnia nauczył mnie płynąć żabką. Nigdy go nie zapomnę.
Poczułam jak ktoś chwyta mnie w tali, odwróciłam głowę a tam Hubert.
-Puszczaj mnie!-krzyknęłam. Konrad natychmiast spojrzał w moją stronę i go dostrzegł.
-Chodź Roz. Nawet na cmentarzu nie można mieć spokoju-spojrzał zimnym wzrokiem na niego.
O dziwo puścił. Zobaczyłam jego zmieszaną minę kiedy spojrzał na wyryte w kamieniu słowa. Popatrzył na mnie, potem na mojego chłopaka i znów miał tę szyderczą minę. Znów popatrzyłam na nagrobek mojego taty i momentalnie po policzku spłynęły mi łzy. Ciepła dłoń oplotła moje palce, to Konrad patrzył na mnie z troską.
-Nic mi nie jest...
-Chodź odprowadzę cię do domu.
-Dzięki.
Wyszliśmy z cmentarza zostawiając za sobą Huberta.
-Ciesze się, że przy mnie jesteś-przytuliłam się do mojego Miśka.
-To ja się ciesze, że ciebie poznałem-dał mi buziaka w czubek nosa.
-A co powiesz na to żebyś dzisiaj u mnie przenocował?
-Najpierw musimy się spytać rodziców...
-Żaden problem ja to załatwię-puściłam do niego oczko.
-No tak. Zapomniałem o twoim darze przekonywania.
-A nie powinieneś zapominać!
-Jedyne o kim  nie chcę nigdy zapomnieć jesteś ty.
-Ależ ty jesteś romantyczny!
-To źle?
-Ani trochę.
Szliśmy tak w stronę domu kiedy zadzwonił mój telefon.
-Moja mama-kliknęłam zieloną słuchawkę-Cześć mamo. A nic wszystko w porządku...Mamo...Może dzisiaj u nas nocować Konrad? To wspaniale! Dzięki, pa, całuski. Możesz!-powiedziałam do niego odkładając telefon.
-To super.
-Wiesz co?
-Nie wiem.
-Sama chciała to zaproponować!
-Naprawdę?
-Ja też nie wierzyłam własnym uszom, ale na to wychodzi.
-No to teraz trzeba zadzwonić do mojego taty...
-Nie trzeba. Moja mam już to zrobiła!
-Dzień pełen niespodzianek!
-To prawda, a teraz idziemy do mojego domu.
-Będę musiał zajść do siebie po pidżamke.
-Wcale nie masz jeszcze u nas tamtą.
-Serio?
-Mamuśka ją uprała, a ty zapomniałeś zabrać.
-Wow.
-Nom, a tak przy okazji mamy wolną chate!
Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
-Co się na mnie tak patrzysz mama uprzedziła, że będzie nocować u koleżanki. I nie wróci na noc.
-Mowę mi odebrało!
-To nic nie mów tylko mnie przytul bo zimno się robi.
-Poczekaj-zdją bluze i podał mi ją.
-Dziękuje.
-Nie ma sprawy.



_________________________________________________________________________________
Wiem, że krótkie ale nie wiem co pisać to tyle...Dobranoc ^-^





niedziela, 8 czerwca 2014

Dziewczyna ze wsi V- List..

-Czego chcesz?- rzuciłam oschle.
-Carrie... to nie tak jak myślisz...- tłumaczył się.
-A jak? Po co ci to zdjęcie? Chciałeś upokorzyć byłą? Pokazać, że możesz sobie tak nami pomiatać?
-Tak... chciałem, ale jakimi nami?
-Mną i nią. Nie zasługujesz na bycie mężczyzną.- mówiłam oschle, ale nie płakałam. Tym razem byłam twarda.
-Carrie... proszę... przepraszam... naprawdę mi na tobie zależy...
-Fajnie. Ale mi już nie... jedź stąd.
-Ca...
-Jedź. Jak najszybciej.- powiedziałam, i zaczęłam iść.
Gdy przeszłam koło niego, zatrzymałam się. Chciałam rzucić mu się na szyję i pocałować... ale nie mogłam. Byłam zła. Stałam tak z pięć sekund, ale poszłam nie mówiąc ani słowa. Za chwilę byłam w swoim pokoju. Wzięłam słuchawki, telefon, włączyłam muzykę i zaczęłam tańczyć. Słuchałam muzyki z godzinę. W końcu zgłodniałam, zeszłam do kuchni, i zobaczyłam coś dziwnego. Mama była w kuchni sama, stajnia otwarta, samochodu na podjeździe brak. Szybko zrozumiałam, co się stało. Lecz zanim wyszłam, mama powiedziała:
-Córciu... wiem, że lubisz śpiewać... wręcz kochasz, a ja nie mam pieniędzy, żebyś mogła się uczyć... masz.- i podała mi kopertę. Nie wiem co w niej było, ponieważ szybko wybiegłam z domu na ulicę.
Rozejrzałam się, ale już nie widziałam samochodu. Pobiegłam do stajni, osiodłałam Angle i pojechałam do najbliższego miasta. Gdy przejeżdżałam przez most, zaczął robić się korek. Nie było jak się przecisnąć między samochodami, więc postanowiłam jechać chodnikiem. Gdy samochody już ruszyły, też postanowiłam już jechać poboczem drogi. Pojechałam do parku, i zadzwoniłam do mamy.
-Cześć, gdzie mieszka Luke?- spytałam.
-Oni.. mieszkają na osiedlu za lodziarnią. Numer domu 88.
-Okej, dzięki.- powiedziałam i rozłączyłam się. Doskonale wiedziałam, która to lodziarnia. To nasza stara lodziarnia, zanim tata umarł... mieszkaliśmy tu, i mieliśmy lodziarnie. Wieczorami jeździliśmy do wujka na wieś... Nieważne. Pognałam tam i zobaczyłam... nic nie zobaczyłam. Nie było samochodu, drzwi zamknięte, stajnia pusta, jak zawsze... Tylko jakieś śmiechy. Odwróciłam się, i zobaczyłam dziewczynę.
-Co, nie ma chłopaczka? Nie ma. Wiesz dlaczego? Bo jesteś tylko zabawką.
-Ale ja nie przyszłam do ciebie, wiesz?
-Ooo, dziewczynka ze wsi się znalazła.
-A ty pusta, plastikowa laleczka z miasta. Zgadłam?
-Myślisz, że mi coś zrobi, to że tak gadasz? Nic.
-Weź się tak nie spinaj, bo ci żyłka na czole pęknie.
-Niech sobie pęka. Zejdź z tego konia.
-Po co?
-Złaź. Nie bój się, nie zabiorę ci go. Mam ładniejsze.
Angle parsknęła, jakby na znak, że jej nie lubi.
-Okej.- powiedziałam i zeszłam.
Dziewczyna podeszła do mnie, i nadepnęła mi na buty obcasem.
-Co ty robisz?- zapytałam, z udawanym spokojem.
-Nie boli?- powiedziała przyciskając nogę jeszcze bardziej.
-A to?- spytałam.
-Któro?- zdziwiła się.
-To.- powiedziałam, i podstawiłam jej nogę pod kopyto konia.
Nie odpowiedziała nic, tylko pisnęła z bólu.
-Nie podskakuj mi więcej.- powiedziałam wsiadając na konia.
Usłyszałam samochód. Miałam nadzieje, że to oni... Nie myliłam się. Luke wyskoczył z samochodu, i podbiegł do mnie. Dziewczyna od razu pobiegła w drugą stronę.
-Kto to...?- spytałam.
-To moja była... Carrie, przepraszam...
-Wykorzystałeś mnie...
-Wcale nie. Naprawdę Carrie. Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła?
-Nie wiem... Nie wiem, czy ci uwierzę...
-To się zastanów. U mnie w domu.
Zgodziłam się. Zależało mi na nim, ale nie wiedziałam, czy mu wybaczę. Poszliśmy do jego pokoju.
-Rozgość się. Ja na chwilę pójdę do łazienki.
-Spoko... ładnie tu masz...- powiedziałam, ale nie odpowiedział bo wyszedł.
Minęło 5 minut, 10, 15... W końcu 20. Zaczęłam się martwić: zasłabł? Zapukałam do łazienki. Odpowiedział, więc już byłam spokojna. Kolejne 20 minut. Podeszłam do drzwi, i krzyknęłam
-Wchodzę!
Otworzyłam drzwi. Znowu zobaczyłam... to. Luke z żyletką w dłoni...
-Co ty robisz?!- krzyknęłam i wyrwałam mu ją.
-Przepraszam Carrie...
-To moja wina! Moja! Człowieku, przecież ja ci wybaczyłam!
-Naprawdę?
-Naprawdę! Boże... przepraszam cię. Znowu moja wina... Marnuję ci tylko życie...- powiedziałam już płacząc.
-To nie twoja wina... to jego wina...
-co?
-Mój kolega... jest... lubi chłopców...
-Serio...?
-Taa... i on jest zazdrosny...
-Tak, już rozumiem...- powiedziałam sięgając po apteczkę.
-Carrie, co za koperta?- spytał.
-Mama mi ją dała, ale nie czytałam co jest w środku.
-Przeczytaj teraz.
Ohayo, Carrie! 
Jestem Mizuri, śpiewam w japońskim zespole.
Poszukiwaliśmy piosenkarki.
Twoja mama zgłosiła nas do konkursu, i wysłała nam twoje nagranie. 
Opisała nam też twoją historię. 
Śpiewamy po Japońsku, ale spokojnie.
Będziemy cię uczyć. 
Bilet masz kupiony, odbierzemy cię z lotniska. 
Mizuri, Isao, Isamu.

-Woow...- powiedział oszołomiony.
-Luke... nie pojadę. Nie mogę. 
-Musisz! 
-Nie pojadę!- krzyknęłam owijając mu rękę. 
-Pojedziesz. 
-Nie.
-Ja tak mówię, i tak ma być. Jedziesz. Nie możesz zmarnować takiej szansy.- przekonywał mnie.
-Ale nie zostawię mamy... ciebie...
-Nam nic nie będzie. Będę tu na ciebie czekał.- powiedział i pocałował mnie delikatnie.
-Obiecujesz mi...?
-Oczywiście.
-Dziękuję...- powiedziałam, i przytuliłam się do niego.
-Nie ma za co...- odpowiedział i pocałował mnie w czoło.