sobota, 31 maja 2014

Dziewczyna ze wsi III- Ból

Przez kilka następnych dni nie wychodziłam z pokoju. Jedynie tylko, do łazienki. Mama przynosiła mi jedzenie do pokoju. Jednak tego dnia postanowiłam coś zmienić. Poszłam do łazienki na korytarzu, nie pukałam, ponieważ światło było zgaszone, więc nikogo nie było. Zapaliłam światło, otworzyłam drzwi... i stanęłam nieruchomo. Zobaczyłam, jak Luke trzyma w ręku żyletkę... i znowu obraz sprzed siedmiu lat... chłopak zadawał sobie te rany, które zabiły mojego brata. Gdy się ocknęłam, podbiegłam do chłopaka, wyrzuciłam mu żyletkę z ręki i przytuliłam się do niego, krzycząc:
-Co ty robisz debilu?! Mądry jesteś?!- krzyczałam, ale i płakałam.
-Carrie... przepraszam...
-To ja przepraszam... to moja wina...
-Nie, to moja... nie wytłumaczyłem ci, o co mi chodziło... moja mama opowiedziała mi wszystko... o twoim tacie... o Angle... i poprosiła, abym ją do ciebie przyzwyczaił, nauczył jeździć pod siodłem... to było by najlepszym prezentem... wiem, że to źle wyglądało... ale to prawda...
Patrzyłam się na niego tylko zapłakanymi oczami.
-Przepraszam...- powiedziałam tylko cicho.
-To ja cię przepraszam...- odpowiedział i mnie przytulił...
Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam zobaczyłam dużo kropel krwi na ziemi...
-Luke! Musimy pojechać do szpitala...!
-Nic mi nie będzie.
-On też tak mówił... nie chcę nikogo więcej stracić przez jedną, głupią żyletkę!
-Kto...?
-Mój starszy brat... umarł siedem lat temu.. właśnie przez to, co ty... jedziemy do szpitala!
-Musiałabyś to powiedzieć mamie... mojej.
-Trudno... muszę. Nie chcę, żeby ktokolwiek jeszcze przez to... cierpiał...
Luke popatrzył na moje zapłakane oczy, i posmutniał...
-Bardzo chcesz, żebym jechał?
-Bardzo!
-To jedziemy.
-Naprawdę?!- ucieszyłam się.
-Naprawdę.
-Dziękuję!- powiedziałam, uśmiechnęłam się i wybiegłam. Zachowuję się czasem jak dziecko. Ale ja to lubię.
Powiedziałam mamie Luke'a i mojej, że musimy jechać do szpitala z wiadomego powodu. Na początku się przeraziły, ale potem emocje opadły, choć nadal były zdenerwowane. Nasze mamy były zdenerwowane, ale się uśmiechały.
-Dlaczego się uśmiechacie? Przecież on zadał sobie ból...!
-Ale cię przytulił...
-Co?- zdziwiłam się. Skąd mogły to wiedzieć.
-Widać, że się dogadujecie. Masz krew na bluzce.
Spojrzałam na siebie. Nie chciałam dłużej czekać, więc szybko przypomniałam im, skąd ta krew się wzięła. Szybko pojechaliśmy do szpitala. Czekaliśmy tam... godzinę. Aż przyjmą, a potem 10 min aż założą mu opatrunek. Wyszedł, jego mama chwile pogadała z lekarzem, i pojechaliśmy do domu. W domu, nie poszłam do swojego pokoju, tylko do jego... zamknęłam drzwi, i zaczęłam z nim rozmawiać.
-Dlaczego to zrobiłeś?!- znowu miałam łzy w oczach.
-Bo mi ciężko... mój przyjaciel zniknął równie szybko, jak się pojawił...
-Ale ja... nie zniknęłam... jestem tu...
-Nie jesteś moją przyjaciółką...
-Co?- spytałam, już płacząc.
-Między nami... nie ma przyjaźni...
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Wstałam, i chciałam wyjść, ale Luke złapał mnie za rękę.
-Czemu to robisz? Czemu wbijasz mi nóż w plecy?
Nie odpowiedział nic, tylko mnie przyciągnął do siebie...
-Co ty...?
Luke popatrzył mi się głęboko w oczy... ja w jego... i nagle... pocałował mnie. Nie opierałam się. Chciałam tego... kochałam go...
Chwile tak stałam, ale szybko wybiegłam z tego pokoju... Nie wiem czemu, ale nie chciałam go już więcej widzieć tego dnia... nie mogłam.
___________________________________
Przepraszam, że nie pisałam, ale byłam na kilkudniowej wycieczce c; napisałam troche w zeszycie, więc mam już pomysł C:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz