sobota, 17 maja 2014

Uczucia zmienne są IV- Mamo...? KONIEC

-Julie, przepraszam...!- zaczął krzyczeć i padać na kolana.
-Jake...- powiedziałam ze strachem w głosie.
-Nie bój się.- odpowiedział.
Popatrzył na nas chwilę, po czym powiedział:
-Jake... mama byłaby z ciebie dumna...- i wyszedł.
Chwilę tak staliśmy. Patrzyliśmy się na zamykające się drzwi strychu.
-Jake... Kiedy stąd uciekniemy?- spytałam.
-Jeszcze 9 miesięcy... nie bój się.- powiedział kucając i przytulając mnie.
-Jak jesteś, to się nie boję...
-Chodź, pójdziemy coś zjeść, na mieście. Jeszcze kupię ci jakieś ubrania. Chcesz?- spytał.
-Skąd masz pieniądze?- zdziwiłam się.
-Poprosiłem, aby dali mi trochę w rękę. Takim oto sposobem mamy 1000 funtów.
-Ale tata...
-Spokojnie. Nie zauważy jak wyjdziemy. Przy okazji pójdziemy na cmentarz, do mamy. Porozmawiamy z nią.
-W sumie dziś ten dzień... Jake?
-Tak?
-Nie jesteś na mnie zły?
-Czemu?!- zdziwił się.
-Zabrałam ci ją...
-Głupia, nie ty ją zabrałaś. To ten psychol, który siedział w samochodzie.
-Muszę jeszcze jedno ci powiedzieć... Ten psychol, z samochodu to był on...
-Kto?!- zdziwił się.
-To był... twój... ta... ta...
-Że co?!- powiedział zaciskając pięści.
Tak naprawdę, ja i Jake nie byliśmy rodzonym rodzeństwem, tylko przyrodnim.
Jake nie powiedział nic, tylko wyszedł z pokoju.
-Jake! Stój!- krzyczałam płacząc.
-Julie, mam sprawę do załatwienia.
-Jake! Stój! Proszę cię! Nie rób mu nic! Jak coś mu zrobisz, to ucieknę i sama wpadnę pod samochód!
Brat stanął przy drzwiach ciągle mając zaciśnięte pięści.
-Jake... boję się ciebie...- powiedziałam uderzając głową w poduszkę.
-Julie... naprawdę jestem taki straszny?- powiedział ze smutkiem w głosie.
-To moja wina. Broniłeś mnie i się taki zrobiłeś. Wszystko chcesz rozwiązywać siłą. Wiem, że to wszystko, by mnie bronić... niszczę wszystkim życie!- powiedziałam wstając z łóżka i wybiegając ze strychu. Jake tylko patrzył chwilę za mną. Trzasnęłam drzwiami i pobiegłam daleko. Mocno się przyglądałam jadąc samochodem z Yayoi. Znałam drogę do ich domu. Pobiegłam tam. Gdy już miałam zamiar zapukać do drzwi, zrozumiałam, że Kumiko wróciła ze szpitala. Mimo to zapukałam. Otworzyła zapłakana Yayoi.
-Yayoi? Co się stało?
-Kumiko... miała wypadek i umarła...
-O... przepraszam... przykro mi...- powiedziałam, i wybiegłam z bloku. Za mną pobiegła Yayoi i Ayumu.
-Nie biegnijcie za mną.- powiedziałam zatrzymując się.- nie musicie. Ja tylko... niszczę wszystkim życie... nie jestem nic warta.- i pobiegłam dalej.
-Julie!- krzyknął Ayumu.- Coś ci powiemy, chodź tutaj.
Podeszłam do Ayumu.
-Tak...?
-Twoja mamusia, to moja przyjaciółka ze szkoły. Margaret urodziła się w Tokio, doskonale znała Japoński, i zapewne to ona cię uczyła, dlatego też rozumiesz nasze japońskie zwroty. Nie umarła od razu. Zawieziono ją do szpitala, a ona zadzwoniła do mnie i poprosiła, żebym przyleciała a twój tata da mi pieniądze na bilet. Zaczęłam płakać. Nie widziałyśmy się lata, a ona dzwoni w takiej sytuacji... Przyleciałam tu. Margaret złapała mnie za rękę i powiedziała ,,Gdy Julie będzie miała 12 lat, przylećcie tu. Wiem, jak mój mąż będzie się nią opiekował... Nie będzie. Jake też jest chory, tak jak ja. Prawdopodobnie, również umrze... jak skończy 18 lat. Wtedy zaopiekujcie się moją córeczką, i wychowajcie ją dobrze. Jak będzie chciała do nas dołączyć, pozwólcie jej...'', a gdy skończyła, umarła. Twoja mama miała raka kości... Dlatego tak lekki wypadek ją wykończył.
-Aa... ale Jake!- krzyknęłam, przytuliłam Yayoi i zaczęłam płakać.
-Spokojnie. Jake'a udało się wyleczyć. Nie umrze. Dopóki się nie wyprowadzi, mieszkacie u nas. Chcesz?
-Arigatou!
-Nie ma za co, mała...- powiedziała przytulając mnie.
Tej nocy już oboje mieszkaliśmy u nowych opiekunów. O 10 rano obudziła nas Yayoi, i powiedziała, że jedziemy na cmentarz. Wsiedliśmy do samochodu. Nagle w przód naszego samochodu uderzył tir. W tył, osobówka. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Poczułam ból. Nagle, zobaczyłam światło, a w nim piękną kobietę trzymającą a rękę dziewczynę. Obie były ubrane w długie białe sukienki. Kobieta miała długie, rude i pofalowane włosy, a dziewczyna krótkie, proste i czarne.
Tak, byliśmy w niebie...
_________________________________________
KONIEC.



Wiem, że miało być 5, ale piąty byłby króciusieńki xd zaczęłam pisać i zajęło to pięć linijek, więc postanowiłam zrobić 4 rozdziały. To tyle...
Pa <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz