piątek, 9 maja 2014

Uczucia zmienne są- II Kumiko

Następnego dnia obudziłam się, a koło mojego łóżka siedział Jake.
-Spałeś?- spytałam.
-Nie... nie mogłem...- odpowiedział.
-Dzisiaj jest ten dzień...- powiedziałam. U nas nie mówiło się rocznica, czy jakoś tak. To był ten dzień...
-Tak... wiem... Do twojej sali ktoś dojdzie. Jest rok młodsza od ciebie. Cieszysz się?- spytał.
-Tak. Nie będę sama.- odpowiedziałam bez wahania, że Jake się zakocha. Nigdy nie był zakochany.
-To dobrze.- powiedział.
Chwilkę rozmawialiśmy. Musiał wyjść do łazienki, a ja próbowałam usnąć. Jak już prawie spałam, do mojej sali wprowadzono całkiem ładną dziewczynę z krótkimi, czarnymi włosami. Była chyba Japonką, albo Chinką... nie wiem, nie rozróżniam. Gdy już się położyła, do sali wszedł Jake. Od razu, gdy ją zobaczył... Widać było, że mu się podoba. Zamiast podejść do mojego łóżka, podszedł do niej.
-Hej, jestem Jake.- przedstawił się.
-Kumiko. Miło mi.- powiedziała z uśmiechem.- jestem Japonką.
-Wiem, zauważyłem.
-Ach tak...
-Jake! Chodź tu!- krzyczałam.
-Czekaj mała!- odpowiedział niezbyt miłym głosem.
-Nigdy tak do mnie nie powiedziałeś...- powiedziałam i się rozpłakałam.
Jake tylko popatrzył na mnie.
Odwróciłam się do nich plecami. Już jej nie lubiłam.
-To... Kumiko... powiedz, dawno tu mieszkasz?- spytał.
-Nie... właściwie, to od wczoraj...
-Serio? Na jakiej ulicy?
-Czekaj... ja cię znam...- powiedziała tajemniczo.
-Serio?- zdziwił się.
-Ty jesteś Jake Jones!
-No tak... No tak! Tak, to ja. Zbyt często o tym nie pamiętam... ojciec zabiera wszystko. Nie mam nic oprócz pokoju na strychu.
-Jake! A ja?!- krzyknęłam.
-Znasz ją?- spytała Kumiko.
-Nie, to pewnie jakaś fanka.- odpowiedział.
Poczułam jakby ukłucie w sercu... Jakby, wyparł się mnie.
-Jake, obiecałeś mi coś!- krzyknęłam na niego.
-Uspokój się!
-Jake! Ja mam tylko ciebie...! A niech cię szlag, nie potrzebuję cię! Najwyżej zdechnę!
Nagle Jake w końcu się odwrócił w moją stronę.
-Ejj... Julie, nie mów tak...- powiedział Jake.
-Czyli jednak ją znasz?- powiedziała Kumiko.
-No, to moja siostra...
-Wyparłeś się własnej siostry?! Odbiło ci w tym łbie od tej sławy?!
-Jak źle się czuję gadam głupoty! Nasz ojciec karze nam do szkoły łazić jak mamy 40 stopni...
-Tylko ja muszę! Ciebie kocha...- odpowiedziałam.
-Hę?- zdziwiła się Kumiko.
-Jak Julie była mała
-Nie mów jej!-przerwałam mu.- Nie chcę, żeby ktoś zupełnie obcy o tym wiedział...
-Ale...
-Nie lubię jej! Zabiera mi ciebie! W tak krótkim czasie, obróciła ci w głowię, i już zaczynasz mieć mnie gdzieś. Obiecywałeś, że jak będziesz miał dziewczynę, to o mnie nie zapomnisz! Idź stąd! Nie potrzebuję cię! Ucieknę z domu, będzie to samo! Nikt mnie nie chcę!- krzyknęłam i zerwałam się z szpitalnego łóżka.
-Julie! Julie!!- zaczął krzyczeć za mną brat.
-Odejdź! Nie chcę cię! Nie chcę!- zaczęłam na niego krzyczeć.
-Obiecywałeś! Że będziesz bronił! Że nie opuścisz! A w tak krótkim czasie już mnie nie chcesz! Nie kochasz mnie! Jesteś fałszywy! Każdy rudy jest fałszywy!- krzyknęłam na niego.
-Nigdy nie sądziłam, że będę ci wypominać, że jesteś rudy... Nienawidzę cię!- krzyknęłam i wybiegłam ze szpitala. Z daleka słyszałam tylko ciche:
-Julie! Julie!
Zaczęłam błąkać się po ulicy. Nie wiedziałam, gdzie mieszkam. Znaczy znałam adres... Ale tylko drogę do szkoły i z powrotem.
Wieczorem, postanowiłam wejść do jakiegoś bloku. Przynajmniej będzie cieplej. Gdy wkuliłam się w kąt, zaczęłam się modlić. Może nie modlić, co rozmawiać z mamą.
,,Mamo... Wiem, że to wszystko moja wina. Gdyby nie ja, bylibyśmy szczęśliwą rodziną...
Pokłóciłam się z Jake'iem... Olał mnie... Wyrzekł się mnie... On nie chcę... żebym była... w jego życiu... wiem to... Proszę, poproś, żeby Jake mnie znalazł, przytulił... I żebyśmy uciekli od taty... Nie proszę cię, aby się zmienił... Ja wiem, że on mnie nienawidzi... nie chce... przeze mnie cię stracił... Sama siebie nienawidzę... Ja wiem, mamusiu, że jak na dwunastolatkę jestem zbyt dziecinna... Ale ja nikogo nie mam... Chcę od niego uciec... uciec od taty... taty, który mnie nie chcę...''.
Po tym usnęłam. Obudziłam się w ciepłym łóżeczku.
-Hę? Przepraszam...!- krzyknęłam.
-Ayumu, obudziła się.
Zrozumiałam, że jestem w domu Japończyków.
-Kon'nichiwa! Jestem Yayoi, a to mój mąż, Ayumu.- przywitała się kobieta.
-Ja jestem Julie... Przepraszam, a gdzie ja właściwie jestem?- spytałam.
-Jak wybieraliśmy się do naszej córci, Kumiko, to znaleźliśmy się na klatce. Nie byliśmy pewni czy żyjesz, ale oddychałaś, więc zabraliśmy cię tu.
-Kumiko? Ma 16 lat i jest w szpitalu?
-Tak... a czemu pytasz?
-Och... wy jesteście mili... przepraszam co powiem... dziękuję wam... Ale nie lubię Kumiko.
-Dlaczego?- zdziwiła się Yayoi.
-Może nie z jej winy, ale zabrała mi coś, co kochałam najbardziej. Coś, co mnie chroniło. Coś, co zawsze było przy mnie... Przez to, że ze mnie szydziła, mój brat również wyparł się mnie. Nie chce mnie... nie kocha... jest jedyną osobą, którą mam po śmierci mamy...
W oczach Yayoi zobaczyłam łzy. Postanowiłam ją pocieszyć.
-Nie płacz, Yayoi. Jesteś dobra.- po czym przytuliłam ją swoją, jak na dwunastoletnią malutką rączką, wstałam z łóżka i powiedziałam:
-O ai shimashou.
-Saraba!- odpowiedział Ayumu.
-Czekaj! Nie chcesz jeść?- zatrzymała mnie Yayoi.
-Jeśli to nie problem...
Usiadłam do stołu i zjadłam razem z nimi. Nie wiem dlaczego Kumiko taka jest... Oni są przyjacielscy, pomocni, a ona zabrała mi Jake'a. Po zjedzeniu, zapytałam, czy Kumiko ma chodzić do tej samej szkoły co ja (mimo czterech lat różnicy, chodzimy razem do szkoły. W jednym budynku są dwie).
-Tak, chodzi.- odpowiedział Ayumu.
-A czy umieją państwo tam dojechać?- spytałam.
-Owszem. Podwieźć cię- spytała Yayoi.
-Wystarczy mi wytłumaczyć jak tam pójść.
-Podwiozę cię.- oznajmiła Yayoi.
Po 10 minutach byłam pod budynkiem.
-Dziękuję, Yayoi. O ai shimashou!- pożegnałam się.
-Saraba!- odpowiedziała.
Stąd znałam drogę do domu.
Gdy podeszłam pod dom... Nacisnęłam klamkę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz