-Kochanie!- wołała mnie mama.
-Pakuję się!- odkrzyknęłam.
-Wiem wiem. Chcecie jakieś kanapki na drogę?- powiedziała wchodząc do mojego pokoju.
-Możesz zrobić. Albo nie... Daj nam bułki, jakieś rzeczy na kanapki, same sobie zrobimy.
-Dobra. Tylko weź ładowarkę! Chcę utrzymać z tobą kontakt.
-Wiem... Mamo...
-Tak?
-Em... gdzie jest moja ładowarka?- spytałam.
-Weź moją. Mam jeszcze jedną od starego telefonu.
-Eee... Dzięki?- powiedziałam.
-Nie ma za co- odpowiedziała puszczając oczko i wychodząc z pokoju.
To będą super wakacje...
Po spakowaniu się, zadzwoniłam po Caroline.
-Zaraz wyjeżdżamy. Spakowana?- spytałam.
-Tak, tak... Wyjdę przed park.- odpowiedziała.
-Ok, do zobaczenia.- powiedziałam i się rozłączyłam.
Pożegnałam się z mamą i starszym o dwa lata bratem, i wsiadłam do samochodu. Podjechaliśmy pod park.
-Hej, dzień dobry- przywitała się Carol
-Dzień dobry- odpowiedział tata- zmieścisz się?
-Tak, spokojnie. Możemy jechać.
Przez całą drogę na lotnisko, gadałyśmy i się śmiałyśmy. Gdy dojechałyśmy na lotnisko, nadszedł czas rozstania się z tatą na 3 tygodnie. Dla niektórych to nic, ale z tatą mam najlepszy kontakt. No, nie licząc Carol, oczywiście. Po pożegnaniu się, weszłyśmy do budynku, zważyli nam bagaże i poszłyśmy kupić coś do jedzenia. Do startu były jeszcze 2 godziny, więc postanowiłyśmy się powłóczyć po sklepach. Kupiłam sobie picie, jedzenie i książkę, na wypadek jakby Carol usnęła. Lot będzie trwał kilka godzin, z Londynu do Nowego Yorku nie jest wcale blisko. Nie mogę się doczekać. Dwie godziny z tym wariatem, minęły jak minuta. Jesteśmy ze sobą mooocno związane.
W końcu weszłyśmy na pokład samolotu. Miał ok. 500 miejsc, ale leciało mniej więcej 350 osób. W sumie to dobrze, bo ok. 150 miejsc było wolnych. Gdy już zajęłyśmy miejsca, stewardessa pomogła schować walizki i zapięłyśmy pasy, było krótkie ''przemówienie'' pilota, i ruszyliśmy... Leciałyśmy wieczorem, przy zachodzie słońca, więc widok był oszałamiający.
Przez godzinę lotu, było spokojnie, razem z Carol gadałyśmy, śmiałyśmy się i słuchałyśmy muzyki. Nagle rozpętała się burza... Niebo było dosłownie czarne. Widać było tylko pioruny. Lecimy nad wodą, jest burza... W głowie od razu najgorsze scenariusze. ,,A co jeśli nas trafi?'', ,,A jeśli się rozbijemy?!'' ,,A jeśli to, a jeśli tamto''... ,,Mamo, kocham cię!''... Nagle słychać głos pilota:
,,Mówi pilot samolotu. Niestety, trzeba będzie lądować awaryjnie w Reykjaviku, stolica Islandii''
-Islandia?! Jak my lecimy?!- krzyczała Caroline
-No mają jakieś swoje szlaki...
-Jejuu... A jak nie dolecimy?! Kiedy następny samolot?!
-Nie panikuj, wylecimy znów, jak tylko poprawi się pogoda. Spokojniee.- pocieszałam ją.
Za 5 minut, kolejny komunikat:
,,Niestety, nie uda nam się dolecieć do lotniska... Jest awaria silnika. Proszę wziąć spadochrony, i skakać. Zniżamy się, bardzo powoli. Pasażerowie mogą wyrzucić bagaż, i skoczyć ze spadochronem. Jeśli lecicie z pupilamy, dla nich również są spadochrony. Mamy tylko 15 minut...''
-Co?!- kryknęłyśmy razem.
-Wyrzucamy bagaż, i skaczemy razem. Jedna, po drugiej... Już!- krzyczałam na Carol.
Wyrzuciłyśmy bagaż, i z krzykiem ,,Kocham cię mamo!'' wyskoczyłyśmy z samolotu. Skok ze spadochronem był moim marzeniem, ale nie w takiej sytuacji...
Gdy znalazłyśmy się na ziemi, zobaczyłyśmy, że nasze bagaże są dość niedaleko. Na szczęście, znalazłyśmy się w mieście, a nie na wsi lub w lesie. Znalazłyśmy się w mieście Keflavik. Jest to piąte pd względem ludności miasto w Islandii, a ma tylko 14 tys. mieszkańców!
Wygrzebałyśmy z portfeli jakieś pieniądze na hotel, i poszłyśmy się zameldować.
Po zameldowaniu się, włączyłyśmy telewizję, by zobaczyć czy jest coś o naszym samolocie. Usłyszałyśmy ''takie coś'':
,,Samolot na trasie Londyn-Nowy York rozbił się 30 km od miejscowości Keflavik, ocalało 17 osób 334. Składamy szczere kondolencje rodzinom.''
Popatrzyłyśmy się na siebie jednoznacznie, i w jednym momencie sięgnęłyśmy po telefony, by zadzwonić do rodziców.
-Mamo! Nic nam nie jest! Wyskoczyłyśmy z samolotu ze spadochronem jako pierwsze, mamy bagaże i jesteśmy w hotelu! Nie martw się o nas, damy radę!- mówiłam prawie płacząc do słuchawki.
-Kochanie! Nic wam nie jest?! O Boże, dziękuję! Dziękujęę! Matko... - płakała mama.- nawet brat się rozpłakał! A Caroline?! Wszystko z wami w porządku?! Jesteście całe?! Boże, dziękuję!
Rozmawiałyśmy jeszcze przez 10 minut.
Po skończeniu rozmowy, umyłyśmy się, zjadłyśmy coś i poszłyśmy spać. Po tych przeżyciach, nigdy nie wsiądę do samolotu...
__________________________________________________________
Ależ to było ciekawe .___. Oh my god! :o >.>
Wiem, na początku zawsze jest nudno, ale uwierzcie, będzie ciekawie! XD Moje rozdziały będą się pojawiać raz lub dwa w tygodniu, chyba że będę chora :3
To ode mnie na dzisiaj tyle, zapraszam do komentowania c;
Oliwka pozdrawia serdecznie!
Ciao ;**
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz