sobota, 31 maja 2014

Dziewczyna ze wsi IV- Cios.

Szybko walnęłam się na łóżko. Nie wiem czemu, zaczęłam płakać... Płakałam, płakałam aż usnęłam. Obudziłam się następnego dnia zmęczona, smutna, ale w sercu... szczęśliwa. Zeszłam do kuchni, a on już tam był.
-Przepraszam...
-Nie... nic się... nie stało...- mówiłam. Byłam dziwnie smutna, ale i szczęśliwa.
Poszłam do swojego pokoju. Upadłam na łóżku, i zaczęłam uśmiechać się. ''Bez powodu". Nie wiem kiedy, usnęłam. Znowu... Obudziłam się o siedemnastej... przypomniałam sobie, jak obiecywaliśmy pomóc sobie w zdobyciu pewnych osób. Tak naprawdę, moja nie istniała...
Usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę!- krzyknęłam.
Do pokoju wszedł Luke.
-Można?
-Mówiłam, proszę.
-Przepraszam cię za tamto... nie wiem, co we mnie wstąpiło.
-Nie ma sprawy...- powiedziałam, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech i rumieńce.
-Ooo, Carrie się rumieni... Słodko.
-Wcale nie! Mam... gorączkę! Tak, gorączkę mam.
-Spoko. A uśmiech...?- spytał podchwytliwie.
-Cicho! Nieważne. Ale wiesz, że powiedziałeś, że nie jesteśmy przyjaciółmi?
-Yyyy... poniosło mnie. Taak...
-Dobra, nie udawajmy. Miałam ci pomóc. Nadal chcesz, czy nie?
-Nie chcę. Sam sobie dałem radę.
-Co...?
-Tej dziewczyny naprawdę nie było. Od początku mi się podobałaś...- mówił zawstydzony.
Nie mogę wyrazić tego słowami... co czułam... to było piękne...
-Będę jak pusta lalka... też mi się podobałeś...
-Nie jesteś jak one. One się kleją, przymilają... ty jesteś inna. Za to cię lubię...
Znowu poczułam, że się rumienie. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, więc się uśmiechnęłam.
-To co, jedziemy gdzieś?- spytał.
-Spoko... Może znowu nocowanie pod gołym niebem?
-Okej, będzie fajnie. Przejedziesz się na Angle?
-Nie wiem... raczej nie.
-Czemu, chodź.- powiedział wstając i ciągnąc mnie za rękę.
-Dobra, spróbuję.- odpowiedziałam.
Przez całą drogę trzymał mnie za rękę. Czułam się dziwnie, ale byłam szczęśliwa. Gdy przechodziliśmy obok naszych mam, oboje zaczęliśmy się śmiać. Weszliśmy do stajni. Osiodłaliśmy konie.
-Muszę?- spytałam.
-Nie musisz, chcesz.
Nic nie powiedziałam. Spróbowałam wejść na konia, ale ona najwidoczniej tego nie chciała.
-Widzisz, nawet ona nie chce.
Luke podszedł do niej, i zaczął ją uspokajać.
-Spokojnie... nic ci się nie stanie.
Koń stanął, i pozwolił mi wejść. Gdy usiadłam, przypomniały mi się chwilę, jak jako male dziecko tata sadzał mnie w tym samym siodle, na tym samym koniu i mnie prowadził... Nie płakałam. Uśmiechnęłam się, i pomyślałam ,,Tak jak kiedyś tato...'', i pognałam na niej w stronę łąki. Gdy już wjechałam na łąkę, usłyszałam:
-Ej, Carrie!- krzyknął Luke.
-Hę?
-Może pojedziemy do nas? Mam dwa wolne boksy.
-Masz stajnie?- zdziwiłam się.
-Mam. To jedziemy?
-Możemy, daleko?
-To najbliższe miasto...
-Mieszkasz tam? Często tam jeżdżę... Na Eklerze.
-Tak, mieszkam. Jedźmy.
Uśmiechnęłam się jednoznacznie.
Było pięknie. Słońce zachodziło, my gnamy na koniach daleko... Nic nas nie obchodzi. Jesteśmy szczęśliwi. Moje rozwiane włosy, chyba fajnie wyglądają na tle niebieskiego nieba, bo Luke nie może oderwać od nich wzroku, i się uśmiecha. Jego uśmiech jest taki... śliczny... Zawsze marzyłam, by poznać kogoś takiego... przystojnego, miłego, opiekuńczego... innego niż wszyscy.
-Carrie...?- powiedział podjeżdżając do mnie.
-Tak?- spytałam.
Chłopak znowu popatrzył mi się głęboko w oczy. Złapał mnie za rękę, i znowu mnie pocałował. W trawie usłyszałam jakby aparat. Luke szybko popatrzył się w tamtą stronę, i walnął ręką w czoło. W trawie siedział chłopak, który jak mnie zauważył, szybko pobiegł. Popatrzyłam się na Luke'a, i zaczęłam płakać. Wykorzystał mnie... znowu się na nim zawiodłam. Pewnie chciał się odgryźć na byłej...
-Zejdź.- rzuciłam oschle.
-Carrie ja
-Zejdź.- przerwałam mu.
-Carrie... to nie tak.
-Złaź!- krzyknęłam, wyrywając mu wodze z dłoni.-Sorry.- powiedziałam obojętnie, i kazałam Eklerowi i Angle biec. Trzymałam dwie pary wodzy w rękach, więc ja nie spadłam, ale Luke już tak. Gdy odjechałam na ok. 50 metrów, zobaczyłam linkę na ziemi. Zatrzymałam się, przywiązałam do niej Eklera i prowadziłam dwa konie. Na plecach czułam tylko spojrzenie Luke'a. Tym razem mu nie wybaczę. Nie byłam silna. Byłam słaba... Moje życie, od dziecka było beznadziejne. Jako kilkuletnia dziewczynka znalazłam nieżywego brata w łazience, zalanego krwią. Czerwony kran, lustro, prysznic, podłoga, ściany... widziałam śmierć mojego ojca... i tak naprawdę, śmierć mojego wujka... popełnił samobójstwo, nie wiedząc, że stoję za nim... moja mama powtarza mi, że mam naprawdę mocną psychikę... i tak już trochę się... ''popsuła''. Płaczę za każdym razem, gdy usłyszę, że jestem gruba, głupia, brzydka... a jak ktoś mnie zrani? Mogę tygodniami nie wychodzić z pokoju. Tak. Nie jestem normalna... Ale tym razem było inaczej. Nie płakałam... bardzo. Chciałam zemsty. Moja dusza pragnęła zemsty. Moje serce pragnęło zemsty. Ale nie chciałam tego. Rozum mówił mi, że nie mogę tego zrobić. Nie chciałam... Gdy doszłam do stajni, zamknęłam Eklera w boksie i popatrzyłam na Angle, zaczęłam płakać. Przypomniał mi się najpierw mój tata, jak sadza mnie na niej, potem mój wujek jak wygrywa na niej wyścigi, mój brat jak uczy mnie jeździć, i Luke, dzięki któremu znowu ją odzyskałam... Popatrzyłam na jej smutne oczy... i doszło do mnie, że ona również przeszła bardzo dużo... rozumiała, że przez nią zginął jej właściciel i mój tata, przeżyła śmierć swojego pierwszego właściciela- mojego wujka, śmierć mojego brata... a mimo to, uważałam, że to jej wina.
Zawsze traktowałam zwierzęta na równi z ludźmi. Podeszłam do niej, przytuliłam ją i znowu zaczęłam ryczeć jak głupia.W tej chwili do stajni wszedł Luke.

Czas leczy rany I-Wspomnienia

Pamiętam ten dzień...Był piękny wiosenny poranek ja i ty. Siedzieliśmy nad rzeką, nie było nikogo tylko my i ptaki śpiewające wesoło. Aż w pewnym momencie wszystko zniszczyłeś słowami...
-Pamiętasz dlaczego tu przyszliśmy?-zapytał.
Tak, chciałeś porozmawiać.
-No właśnie...Chciałem powiedzieć, że między nami koniec-poczułam ukłucie w sercu i do oczu napłynęły mi słone łzy.
-Dlaczego?-zapytałam żałośnie.
-Nie myśl, że to twoja wina, ale nasz związek nie przetrwa na odległość.
-Jak to na odległość?-nie rozumiałam...Przed chwilą mnie przytulał, a teraz wbija nóż w plecy!
-Wyjeżdżam-powiedział krótko, wstał i odszedł. Nawet się nie pożegnał.
-Czemu zawsze ja muszę się nieszczęśliwie zakochać-szepnęłam zła na siebie. Pobiegłam do domu i padłam na moje łóżko.
-Kochanie nic ci nie jest?-zapytała zmartwiona Dominika moja macocha.
-Jest!-powiedziałam przez łzy-Czemu to zawsze ja muszę cierpieć?-użalałam się nad sobą.
-Och skarbie. Co się stało?-usiadła koło mnie.
-Zostawił mnie-szlochałam.
-Jak to?-spytała oburzona-Dlaczego?
-Powiedział, że nasz związek nie przetrwa na odległość. On wyjeżdża.
Zaczęła mnie pocieszać i mówić ile to jeszcze chłopaków jest na świecie i że nie powinnam się załamywać.
Miną miesiąc...czułam się już o wiele lepiej, ale nadal wspominałam ten dzień pełen moich łez. Od tamtego czasu nie zadzwonił ani razu. mimo, że czekałam na jego telefon z nadzieją. Teraz już go prawie nie wspominam. Mam teraz chłopaka, który naprawdę mnie kocha i nie zostawi z powodu byle błahostki.
Usłyszałam dzwonek do drzwi i poszłam otworzyć.
-Cześć-to był Konrad, nachylił się i pocałował mnie w policzek na powitanie.
-Cześć-uśmiechnęłam się do niego-wejdź-odsunęłam się żeby mógł wejść. Poszliśmy do mojego pokoju.
-Co robimy?
-Nie mam pojęcia. Może podaj jakieś propozycje.
-A może się przejdziemy po łące?
-Której?-zapytałam.
-Tej koło rzeki?
-Nie. Wiesz, że mam z nią związane złe wspomnienia.
-No dobrze-przytulił mnie na pocieszenie- To może pójdziemy tam koło lasu.
-Zgoda-uśmiechnęłam się uwielbiałam to miejsce, było akie romantyczne.
Wyszliśmy z domu i powędrowaliśmy w stronę naszego celu. Szliśmy trzymając się za ręce i podziwiając krajobraz. Szliśmy tak zapatrzeni w siebie kiedy usłyszała, że ktoś woła moje imię. Odwróciłam się stał tam Henry.
-Skąd się tu wziąłeś?-zapytałam przytulając się do mojego chłopaka.
-Przyjechałem w odwiedziny do ciebie.
-Nie chce cię więcej widzieć!-spojrzałam na niego srogo.
-A ja myślałem, że tęsknisz-zadrwił.
-Chyba śnisz!-odwróciłam się na pięcie i uszyłam w stronę łąki ciągnąc za rękę Konrada.
-Kto to?-spytał.
-Mój były-odparłam.
-Idzie za nami.
-Niech sobie idzie co mnie to?
-No dobrze-powiedział i pociągną mnie do siebie, a potem pocałował.
-Zawsze wiesz jak mi poprawić humor-uśmiechnęła się do niego.
-Za niedługo dojdziemy do naszego ulubionego miejsca.
-Odejdź!-krzyknęłam do chłopaka, który cały czas szedł za nami.
-Nie.
-Czego ty ode mnie chcesz?
-Żebyśmy znów byli razem.
-Zapomnij! To ty mnie zostawiłeś.
-Ale zmądżałem.
-Teraz już za późno!
-Nigdy nie jest za późż\no.
-Oj żebyś się nie zdziwił.
-Roz to nie ma sensu. Chodź.
-Dobrze.-już po chwili byliśmy na miejscu usiedliśmy pod drzewem i wtuliłam się w niego. Z nim czułam się bezpiecznie.
-Poszedł już?-zapytałam.
-Nie-odpowiedział ponuro.
-Ej-spojrzał na mnie-Pamiętasz po co tu przyszliśmy?
-Przypomnij mi-uśmiechnął się.
-Żeby posiedzieć.
Pocałował mnie, a potem przytulił. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach.
-Chodź pokaże ci coś-szepnął mi do ucha-wstaliśmy, otrzepaliśmy się z trawy. Chwycił mnie za rękę i powiedział-Zamknij oczy.
-No dobrze-prowadził mnie w niewiadomym kierunku.
-Już jesteśmy możesz otworzyć oczy.
-Jejku-powiedziałam i patrzyłam z podziwem na piękny widok roztaczjący się wokół-Ale tu pięknie-szepnęłam pełna zachwytu. Z góry widać było całą wieś...nie duże domki i wielkie, kolorowe pola.
Przytuliłam się do niego,a on obiją mnie w pasie. Staliśmy tak nic nie mówiąc...zresztą nie potrzebne były słowa i bez nich doskonale się rozumieliśmy.
Staliśmy tak jakieś 15 i zaczęło mi być zimno.
-Chcesz bluzę?-zapytał.
-Tak-okrył mnie nią i od razu zrobiło mi się cieplej-Dzięki-uśmiechnęłam się do niego.
-Nie ma sprawy. Może wpadniesz do mnie?
-Pewnie!-pocałował mnie po raz nie wiem który tego wieczoru. Wziął mnie za rękę i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Właśnie sobie przypomniałam o Henrym.
-Dobrze że już sobie poszedł!
-Nie zupełnie idzie za nami ale w pewnej odległości.
-Dobrze, że jak będziemy u ciebie nie będzie miał jak wejść!
-Już ja tego dopilnuje-przytulił mnie mocniej i patrzył swoimi błękitnymi oczami w moje.
Już po kilku minutach byliśmy przed żelazną bramą jego domu.
-Nie zostawię cię w spokoju!-usłyszałam za plecami, momentalnie odwróciłam się i wysłałam mu wściekłe spojrzenie.
-Trochę się zapominasz! Powadomie policje jeśli się odemnie nie odczepisz-powiedziałam takim tonem, aż mu mina zrzedła.

Dziewczyna ze wsi III- Ból

Przez kilka następnych dni nie wychodziłam z pokoju. Jedynie tylko, do łazienki. Mama przynosiła mi jedzenie do pokoju. Jednak tego dnia postanowiłam coś zmienić. Poszłam do łazienki na korytarzu, nie pukałam, ponieważ światło było zgaszone, więc nikogo nie było. Zapaliłam światło, otworzyłam drzwi... i stanęłam nieruchomo. Zobaczyłam, jak Luke trzyma w ręku żyletkę... i znowu obraz sprzed siedmiu lat... chłopak zadawał sobie te rany, które zabiły mojego brata. Gdy się ocknęłam, podbiegłam do chłopaka, wyrzuciłam mu żyletkę z ręki i przytuliłam się do niego, krzycząc:
-Co ty robisz debilu?! Mądry jesteś?!- krzyczałam, ale i płakałam.
-Carrie... przepraszam...
-To ja przepraszam... to moja wina...
-Nie, to moja... nie wytłumaczyłem ci, o co mi chodziło... moja mama opowiedziała mi wszystko... o twoim tacie... o Angle... i poprosiła, abym ją do ciebie przyzwyczaił, nauczył jeździć pod siodłem... to było by najlepszym prezentem... wiem, że to źle wyglądało... ale to prawda...
Patrzyłam się na niego tylko zapłakanymi oczami.
-Przepraszam...- powiedziałam tylko cicho.
-To ja cię przepraszam...- odpowiedział i mnie przytulił...
Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam zobaczyłam dużo kropel krwi na ziemi...
-Luke! Musimy pojechać do szpitala...!
-Nic mi nie będzie.
-On też tak mówił... nie chcę nikogo więcej stracić przez jedną, głupią żyletkę!
-Kto...?
-Mój starszy brat... umarł siedem lat temu.. właśnie przez to, co ty... jedziemy do szpitala!
-Musiałabyś to powiedzieć mamie... mojej.
-Trudno... muszę. Nie chcę, żeby ktokolwiek jeszcze przez to... cierpiał...
Luke popatrzył na moje zapłakane oczy, i posmutniał...
-Bardzo chcesz, żebym jechał?
-Bardzo!
-To jedziemy.
-Naprawdę?!- ucieszyłam się.
-Naprawdę.
-Dziękuję!- powiedziałam, uśmiechnęłam się i wybiegłam. Zachowuję się czasem jak dziecko. Ale ja to lubię.
Powiedziałam mamie Luke'a i mojej, że musimy jechać do szpitala z wiadomego powodu. Na początku się przeraziły, ale potem emocje opadły, choć nadal były zdenerwowane. Nasze mamy były zdenerwowane, ale się uśmiechały.
-Dlaczego się uśmiechacie? Przecież on zadał sobie ból...!
-Ale cię przytulił...
-Co?- zdziwiłam się. Skąd mogły to wiedzieć.
-Widać, że się dogadujecie. Masz krew na bluzce.
Spojrzałam na siebie. Nie chciałam dłużej czekać, więc szybko przypomniałam im, skąd ta krew się wzięła. Szybko pojechaliśmy do szpitala. Czekaliśmy tam... godzinę. Aż przyjmą, a potem 10 min aż założą mu opatrunek. Wyszedł, jego mama chwile pogadała z lekarzem, i pojechaliśmy do domu. W domu, nie poszłam do swojego pokoju, tylko do jego... zamknęłam drzwi, i zaczęłam z nim rozmawiać.
-Dlaczego to zrobiłeś?!- znowu miałam łzy w oczach.
-Bo mi ciężko... mój przyjaciel zniknął równie szybko, jak się pojawił...
-Ale ja... nie zniknęłam... jestem tu...
-Nie jesteś moją przyjaciółką...
-Co?- spytałam, już płacząc.
-Między nami... nie ma przyjaźni...
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Wstałam, i chciałam wyjść, ale Luke złapał mnie za rękę.
-Czemu to robisz? Czemu wbijasz mi nóż w plecy?
Nie odpowiedział nic, tylko mnie przyciągnął do siebie...
-Co ty...?
Luke popatrzył mi się głęboko w oczy... ja w jego... i nagle... pocałował mnie. Nie opierałam się. Chciałam tego... kochałam go...
Chwile tak stałam, ale szybko wybiegłam z tego pokoju... Nie wiem czemu, ale nie chciałam go już więcej widzieć tego dnia... nie mogłam.
___________________________________
Przepraszam, że nie pisałam, ale byłam na kilkudniowej wycieczce c; napisałam troche w zeszycie, więc mam już pomysł C:

sobota, 24 maja 2014

Dziewczyna ze wsi II- Zaufanie

Gdy dotarliśmy na miejsce, zaprowadziliśmy konie do pobliskiej rzeki aby się napoiły, a potem rozłożyliśmy koce, rozpaliliśmy ognisko i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Postanowiłam, że w nowym roku szkolnym pójdę do szkoły, do której chodzi Luke. Położyłam się na kocu, i przykryłam się drugim. Zaczęłam patrzeć na niebo. Spełniało się moje marzenie... chciałam spać pod gołym niebem, z chłopakiem, na którym mi zależy. Nie kochałam go, ale zdążył być moim przyjacielem...
O drugiej nad ranem obudziły mnie krople deszczu. Rozejrzałam się, i się przestraszyłam. Luke'a i koni nie było nigdzie. Obok mnie las... Przestraszyłam się jeszcze bardziej, bo usłyszałam śmiech. Po chwili, zrobiło się jasno... odwróciłam się, i zobaczyłam... Luke'a trzymającego telefon przy twarzy, w dodatku pod kocem.
-Idioto!- krzyknęłam- Bałam się!
-O co?- mówił rozśmieszony.
-O ciebie się bałam! O konie się bałam! O ciebie się bałam...
-Powtarzasz się.
-Tak wiem! Idiota!- powiedziałam i odwróciłam się. Nadal stałam na deszczu, podczas, gdy on ma cieplutki kocyk na głowie. Mokry, ale cieplutki.
-Czyli nie chcesz koca? Trudno, więcej dla mnie.
-Oczywiście, że chcę!- powiedziałam wsuwając się tak, aby przy okazji się do niego przytulić.
-Czemu aż tak?
-Nie obiecuj sobie zbyt wiele. Zimno mi.
-Tak taak. Ziiimno...
Lekko szturchnęłam go w bok.
-Ałć! To bolało.
-Miało boleć- odpowiedziałam.
-Już się nie fochaj. No wiem, znamy się jeden dzień. Trudno. Idziemy spać?
-Pada!
-Wziąłem namiot.
-Debilu, czego wcześniej nie mówiłeś?!
-Nie przezywaj mnie... Smutno mi...
-Cicho. Za karę rozbijasz obóz.
-Po prostu ustawiam namiot...
-Mówiłam, cicho!- powiedziałam wchodząc na konia.
-Masz jeszcze jakieś koce w torbie? Te przemokły...
-Mam, nie bój się. Najwyżej cię przytulę.
-Nie waż się!
-I tak wiem, że jest ci taak ziiimno.- powiedział rozstawiając ręce, i pokazując ''jak mi zimno''.
-Zamknij się.
To było fajne. Znamy się jeden dzień, a sprzeczamy się jak ludzie, którzy znają się od urodzenia. Po kilku minutach, namiot był rozstawiony, a ja w końcu mogłam przykryć się cieplutkim kocykiem. Położyłam się, i usnęłam.
Rano obudziłam się przytulona przez Luke'a. Na początku chciałam go obudzić, ale był taki słodki, a mi było tak dobrze... postanowiłam udawać, że dalej śpię. Czyżbym się zakochała w kimś, kto miałby być moim przyjacielem? Gdy uświadomiłam to sobie, poczułam "motylki w brzuchu"... Gdy znowu prawie usnęłam, Luke się obudził. Nie chciałam się oficjalnie budzić. Luke wziął do ręki telefon, i zadzwonił do kogoś. Usłyszałam kawałek ich rozmowy.
-I jak tam ci z nią idzie?
-Luuzik. Kwestia paru dni, i już będzie moja.
-Ujeździłeś ją już?
-No co ty, padało w nocy. Nie miałbym jak!
-Dobra, lecę. Wszystko rób tak, żeby się nie domyśliła.
-Wiem, nic nie wie. Nara.
Dla mnie to wszystko, było jednoznaczne... poczekałam do momentu, aż Luke na chwile odejdzie od namiotu i jadę do domu.
Ten moment w końcu nadszedł. Chłopak poszedł. Szybko osiodłałam konia i pojechałam do domu. Carrie! Dlaczego jesteś taka tępa... przecież widzisz, jak on wygląda a jak ty! Co ty sobie myślałaś?! To wszystko... to ściema. Jesteś głupia...- myślałam przez całą drogę płacząc. Gdy wstawiłam konia do boksu, do stajni wszedł Luke.
-Czemu tak uciekłaś? Stało się coś?
-Tak! Kwestia paru dni, i już będzie moja... co to miało być?!
-Aa.. to... ale to nie o to chodzi, Carrie...
-A o co?! Wiesz co, myślałam, że jesteś inny. Że można ci zaufać, ale nie. Jesteś typowym facetem. Nic nie wartym facetem. Wyjeżdżaj sobie, nikt cię tu nie trzyma!- krzyknęłam na niego i wybiegłam zapłakana do domu. Gdy przebiegałam koło kuchni, mama zapytała:
-Carrie, co się stało?
Ale nie odpowiedziałam nic. Nie miałam siły... Położyłam się na łóżku, wtuliłam głowę w poduszkę i płakałam... Płakałam, bo zostałam zraniona, przez kogoś, na kim mi zależy... przez kogoś, kogo kocham...

Dziewczyna ze wsi I- Przyjaciółka ze szkoły...

-Carrie! Idź do stajni wyczyść konia!- krzyczała mama.
-Idę...- odpowiedziałam znudzona.
-I jak skończę kosić trawę, to pozbieraj ją.
-Po co? Uschnie...
-Masz zebrać! Przyjeżdża do mnie dzisiaj przyjaciółka ze szkoły ze swoim synem. Ma być ładnie, wszędzie!
-Dziękuję, że mi powiedziałaś.- mówiłam z ironią.
Nic nie odpowiedziała. Przebrałam się w jakieś gorsze ciuchy, aby wyczyścić stajnie i pozbierać trawę. Tylko po co...?
Po godzinie wyczyściłam konia i pozbierałam tą trawę. Poszłam się przebrać. Założyłam czarną, krótką bluzkę, ''amerykańskie spodenki'', czerwone trampki związałam włosy w kok. Wyglądałam.. ładnie. W końcu przyjechali. Z samochodu wysiadła elegancko ubrana pani. Trochę wstyd mi się zrobiło, bo ona taka elegancka, a moja mama... baba ze wsi. Z drugiej strony samochodu, wysiadł przystojny, wysoki i opalony brunet. Na szczęście ja nie wygladałam jak dziewczyna  ze wsi. Chłopak podszedł do mnie, pocałował mnie w rękę i powiedział:
-Miło mi. Luke.
-Car... rie...- ledwo wydusiłam.
-Fajnie tu macie... tak wiejsko... dobra, nie wychodzi mi... przytulnie. Zawsze chciałem mieszkać na wsi... Masz konie?- spytał
-Ale ty tak serio? Czy gadasz żeby gadać?
-Serio. Masz?
-Oczywiście. Pięć. Chcesz zobaczyć?
-Pytanie! Jasne, że chcę!
Jeju... jest taki przystojny i w dodatku lubi konie... awww...- myślałam.
Weszliśmy do stajni.
-Łaał... ładny ten anglik.
-Serio znasz się na koniach... to Angle...- wydusiłam i posmutniałam.
-co się stało?- spytał Luke.
-To ulubiony koń mojego taty... od czasu wypadku, nie mogę się nią zajmować. Nie potrafię...- powiedziałam i pobiegłam do domu.
-Carrie...- usłyszałam.
Wbiegłam do domu... szybko pobiegłam do pokoju, siadłam na łóżku i zaczęłam płakać. Po kilku minutach wszedł Luke.
-Mogę wejść?- spytał.
-Jak chcesz...
Chłopak usiadł koło mnie, i zapytał:
-Co się stało...?
-Byłam związana z tatą... umarł 3 lata temu...
-Przykro mi...
-Zostałam sama... nie mam nikogo... mama jest cały czas zajęta, nie mam przyjaciół... nie mam komu się zwierzyć...
-Możesz się zwierzać mi. Można mi ufać...
To było miłe. Znaliśmy się od godziny, ale naprawdę czułam, że mogę mu ufać.
-Dziękuję...
-Nie ma za co... wiesz, ja też może tak nie wyglądam, ale serio to też nie mam jakoś przyjaciół. Nigdy nie miałem dziewczyny...
-Gadasz! Ty, nie miałbyś przyjaciół... mówisz tak tylko, żeby mnie pocieszyć.
-Naprawdę. Jestem najsławniejszym gościem w szkole, ale mam tylko kumpli, a dziewczyny nie mam, bo tylko puste lalki się do mnie kleją.
-I co, nie znalazłeś tej jedynej?
-Jest taka jedna, inna niż wszystkie. Nie klei się do mnie... a ty?
-Też jest taki chłopak... ale nieważne.
-Mam pomysł. Pomóżmy sobie zdobyć te osoby, albo przynajmniej zbliżyć się na poziom przyjaciół. Co ty na to?- powiedział.
-Lubię takie dziecinne pomysły. Wchodzę w to!- powiedziałam.
-Super! A teraz... przedstawisz mi inne koniki. Okej?
-Jasne.- powiedziałam i wyszliśmy.
Po drodze, zapytałam się na ile zostaje. Okazało się, że zostaje do końca wakacji. To fajnie, będę miała z kim spędzać upalne dni... W końcu, to jeszcze półtora miesiąca... Doszliśmy do stajni.
-Tak, ten arabek to Ekler, to jest jego brat Eter, tu Haya i na końcu malutka Abel.
-Ile umie jeździć pod siodłem?
-Angle, Ekler i Eter, ale Angle nie jeździła tak od trzech lat...
-Boisz się jej, prawda?
-Mój tata zginął na wyścigach, jadąc na niej... nie mogę... ale też nie mogę jej sprzedać...
-Będę się nią zajmował, a w końcu przyzwyczaję cię do niej.
-Nie musisz...
-Muszę. Nie może się tak wierny, piękny i mądry koń marnować.
-Wierny...
-Widać, że kiedyś bardzo ją lubiłaś. Teraz, po trzech latach rozłąki ona chce, żebyś ją chociaż pogłaskała. Daj mi siodło.
-Co?
-Daj. Wybierzemy się na przejażdżkę.
-Okeej...- powiedziałam podając mu czaprak i siodło.
Po "ubraniu'' koni, wyruszyliśmy na przejażdżkę. Postanowiliśmy nocować pod gołym niebem, ewentualnie w namiocie. Luke jechał na Angle, a ja na Eklerze. Gdy wjechaliśmy na łąki, zaczęliśmy się ścigać, zwalniać, żartować... poczułam dziwne uczucie. Nie, nie zakochałam się. W końcu byłam szczęśliwa... szczęśliwa, że mam kogoś, komu mogę się zwierzyć...
_______________________________________
Tak, wiem... miało być nierealne :c ale trudno XD Dzisiaj, podczas zbierania z podwórka <nie, nie zbierałam skoszonej trawy ;____;> na to wpadłam *^* Ja mądra XD

Dziwne sny-cz. 4

Obudziłam się przykryta kocem. Zaburczało mi w brzuchu, wyszłam z łóżka i zeszłam do kuchni pogwizdując wesoło. Nastawiłam wodę na herbatę i zaczęłam robić kanapki z szynką, serem i rzodkiewką. Usłyszałam kroki, a po chwili stała koło mnie ciocia.
-Jak się spało?- zapytała.
-Wyjątkowo dobrze!
-Jak tego dokonałaś?-zapytała z uśmiechem.
-Sama nie wiem...Ale jakoś mi się udało...I mam nadzieje, że ona więcej się nie pojawi w moich snach.
-Niestety nie...Pojawi się jeszcze wiele razy, ale ty będziesz przygotowana!
-Naprawdę?
-Oczywiście. Moja w tym głowa. Mogę jedną?
-Jasne-sięgnęła po kanapkę i ze smakiem wgryzła się w nią.
-Pyszota! Chodź obejrzymy coś w telewizji-poszłyśmy do salonu i rozsiadłyśmy się wygodnie na kanapie, a ciocia wzięła pilota i zaczęła przełączać z kanału na kanał. W którymś momencie trafiła na kanał przyrodniczy o wilkach. Siedziałyśmy przed telewizorem jakąś godzinę, a potem wyszłyśmy z Riqiem na spacer do lasu, koło rzeki. Krajobraz był przepiękny... zielone drzewa, przez których liście świeciło słońce  i kolorowe kwiaty. Powietrze było inne niż w mieście...Takie czyste.
-Jest miejsce gdzie możesz się uczyć panować nad mocą.
-Gdzie?
-Zaraz zobaczysz-powiedziała tajemniczo.
Dziwnie się czułam jakby zaraz miło się coś wydarzyć...Na plecach poczułam zimny dreszcz. Po chwili zaczął wiać silny wiatr i szarpał moim ubraniem.
-Podejdź bliżej mnie!-krzyczała ciocia. Starałam się ale nie mogłam się ruszyć, w pewnym momencie poczułam dotyk palców. Były jak bryły lodu... To dziwne ale potem nie mogłam się ruszyć, nie mogłam powiedzieć ani słowa czułam się jak zamrożona. Minęła minuta, może dwie kiedy przed moimi oczami pojawiła się mama...Była taka piękna uśmiechała się do mnie...I szeptała
-Użyj mocy, skarbie...Ona cię uratuje-znikła, a ja znów czułam paraliż ciała.
Skupiłam się z całych sił...Myślałam o rozmrożeniu i udało się! Mogłam się poruszać!
-Ciociu! Gdzie jesteś?-krzyczałam w pustą przestrzeń-Riq! Do nogi piesku!-usłyszałam głośne szczekanie i już widziałam znajomy pysk.
-Zaprowadzisz mnie do cioci?-pokiwał głową jakby potakująco. Poszłam za nim, a po kilku minutach byłam już przy niej.
-Ciociu!-krzyknęłam i poczułam piekące łzy w oczach przyklękłam i wzięłam jej głowę na moje kolana.-Obudź się proszę! Co ci jest?
-Hahaha zapadła w głęboki sen i nie obudzi się dopóki ja tego nie zechce!-usłyszałam szyderczy śmiech.
-Co mam zrobić żebyś ją odczarowała?-zacisnęłam pięści ze złości.
-Musisz iść ze mną...tylko wtedy ją uratujesz.
-Dobrze, ale skąd mam mieć pewność, że mnie nie oszukasz?
-Nie masz pewności,ale nie masz też wyboru!
-Możesz żądać przysięgi na moc czarownicy...jeśli złamie przysięgę straci moc-usłyszałam dobrze znany mi szept, to była mama... moja strażniczka.
-Dziękuje mamo-szepnęłam.
-Trzymaj się skarbie-powiedziała i znikła.
-Pójdę z tobą, ale jeśli przysięgniesz na swoją moc-na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie.
-Skąd wiesz o tej przysiędze!-powiedziała zła
-Mam swojego anioła stróża-uśmiechnęłam się.
-No dobrze. Przysięgam, że odczaruje twoją ciocie kiedy pójdziesz ze mną, zadowolona?-powiedziała kwaśno.
-Tak. Gdzie idziemy?
-Do mojego domu-znów miała ten szorstki i wrogi głos.
Mam nadzieje, że wszystko będzie dobrze-pomyślałam-kocham cię mamo.
-Lioma re!-krzyknęła w przestrzeń i po chwili przed nią pojawił się niebieski wir-Wchodź!-rozkazała mi-I nie próbuj żadnych sztuczek.
-Ja nawet nie znam żadnego zaklęcia!
-Tym gorzej dla ciebie-jej oczy stały się jeszcze czarniejsze.
-Dzięki za pocieszenie-szepnęłam do siebie-odwróciła się do mnie, a w jej oczy jakby posmutniały.
Może nie zawsze byłą zła? Może też kiedyś miała rodzinę, dom i kogoś kogo bardzo kochała? Może ktoś jej to odebrał siłą? Może ktoś zmusił do bycia taką jaką jest?
Weszłyśmy do pałacu z ciemnej cegły. Był smutny i opuszczony...Był bez duszy. Poprowadziła mnie przez plątaninie korytarzy, aż doszłyśmy do białych drzwi.
-To twój pokój-otworzyła je, zobaczyłam błękitne ściany z szarymi obrazami w białych ramkach. Meble były z jasnego drewna.
-To naprawdę mój pokój?-zapytałam z niedowierzaniem.
-Tak. Jutro Pani do ciebie przyjdzie i dowiesz się dlaczego tu jesteś-rzekła i wyszła zamykając cicho drzwi i zostawiając mnie z otwartą buzią.
-A ja myślałam, że będą mnie trzymać w jakimś obskurnym pokoju pełnym szczurów.
-Nie daj się zwieść sztuczkom-usłyszałam głos mamy.



XIV Problem

Gdy już dojechaliśmy do domu i weszłyśmy do kuchni, zobaczyłyśmy kolację. Czego tam nie było...
-Jeju... to dla nas?
-No raczej.- odpowiedział Ryan przytulając mnie.
Siadłyśmy i zabrałyśmy się do jedzenia.
-Carly, wiesz co... dzięki, że się mną masz zamiar zaopiekować, ale chyba wolę być u Jacka. Będę się zajmować ich dzieckiem, a u was... nie ma potrzeby.
-Hyuna, nie ma potrzeby. Nie jesteś problemem.
-Postanowiłam. Przepraszam.
-No nie ma za co... ale wiesz, że zawsze możesz tu wrócić?
-Wiem, dzięki. Będę szła. Jeszcze raz, wielkie dzięki i do zobaczenia.
-Hej.- pożegnałam się.
Gdy wyszła, Ryan zapytał się:
-Nie myślisz, że to dziwne? Porywa cię jakiś facet, a ty siedzisz w samochodzie. Koło ciebie dziewczyna, a okazuje się, że to twoja siostra. W takie zbiegi okoliczności, ja nie wierzę.
-To nie wierz. Ja wierzę.
-Nie zawiedź się na niej.
-Nie zawiodę! Zobaczysz!
-Nie zdziw się.
-Czemu się ze mną droczysz?!
-Ja tylko stwierdzam fakty.
-Trudno! Idę spać, dobranoc.
-Nie pocałujesz mnie?
-Nie.
Ryan złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
-Puść mnie!
-Nie.
-Puść mnie, bo zacznę krzyczeć!- tak naprawdę nie chciałam, żeby mnie puszczał.
-Fajnie. Mieszkamy sami.
-jeju... a sąsiedzi pomyślą, że mnie bijesz.
-Nie pomyślą.
-Puść mnie!- droczyłam się z nim, a on ze mną.
-Nie.
-Puść mnie!
-Nie.
-Puść mnie!
-Dobra- powiedział i puścił.
-No co ty?! Nie chcę, żebyś mnie puszczał!- powiedziałam i przytuliłam się do niego.
-Myślałem, że dasz buziaka, ale to starczy.
-Nie zasłużyłeś!
-Zasłużyłem.
-Nie.
-Tak.
-Nie.
-No dobra.
-Zasłużyłeś!- powiedziałam, i go pocałowałam.
-Wiedziałem. Zawsze to na ciebie działa
-Wcale że nie!
-Tak.
-Nie.
-Tak.
-No dobra... przeważnie.
-A teraz, możesz iść spać.
-Dziękuję.- powiedziałam i odeszłam.
-Dobranoc!- krzyknął.
-Już mówiłam!
-Niech ci będzie.- powiedział i zabrał się do robienia kawy. Fakt, była dopiero 20. Położyłam się, ale usnąć nie mogłam. Cały czas myślałam o tym, co powiedział mi Ryan. Może to prawda? Może... ona jest... koleżanką Nicole?
-Co robisz? Jeszcze nie śpisz?
-Nie, myślę o tym, co powiedziałeś.
-Przez pięć godzin? Nie denerwuj się tak.- powiedział przytulając mnie.
-Dziękuję.
-Za co?- zdziwił się.
-Za wszystko... za to, że jesteś. Że mnie przygarnąłeś, jak kończyły się nam pieniądze. Że jesteś przy mnie... dziękuję.
-To ja ci dziękuję...- powiedział, i mnie pocałował.
-Dobranoc...- dodał.
-Dobranoc...- odpowiedziałam. Teraz już chyba mogłam usnąć...
Następnego dnia obudził mnie dzwonek do drzwi. Zarzuciłam szlafrok, i otworzyłam.
-Hej, nie przeszkadzam?- spytała Carol.
-Właśnie mnie obudziłaś, ale nie. Nie przeszkadzasz. Właź.- powiedziałam.
-Sorka... źle wyglądasz, stało się cos?- spytała.
-Nie wyspałam się... do pierwszej rozmyślałam o Hyunie...
-Zdaje mi się, że to tak naprawdę nie jest twoja siostra...
-Hej Carol.- powiedział Ryan idąc po schodach.
-Hej hej... Ryan, zdaje ci się, że ta cała Hyuna to oszustka?
-To samo jej powiedziałem. Nie spała do pierwszej.
-Nooo to miło.
-Bardzo... Zadzwonię do Jacka, może jemu też się tak wydaje.
Zadzwoniłam do brata, i poprosiłam żeby przyszedł. Gdy przyszedł, zaczęliśmy rozmowę:
-Hej, co chciałaś?
-Jak tam Hyuna?
-Co? Jaka Hyuna?!- zdziwił się.
-Siostra nasza, Hyuna. Miała do ciebie przyjść!
-Nie znam żadnej Hyuny! Carly, zadzwonić po lekarza?
-Ale ona naprawdę u nas była... i mówiła, że będzie mieszkać u was.- potwierdził Ryan.
-Ale nikogo nie było...
-Dzwoń do Alex! Ona była podejrzana... kto normalny cały czas nosi przy sobie torebkę, w której nie wiadomo co jest...?!
Brat pobladł. Przecież ona wie, o ciąży Alex, wie o wszystkim... Wyciągnął telefon z kieszeni, wybrał numer i dzwoni... jeden sygnał, nie odbiera. Dwa, nie odbiera. Trzy, nie odbiera... W końcu miał się nagrać na pocztę. Odłożył telefon od ucha.
-Jedziemy tam. Carol, gdzie Jac?- spytał Ryan.
-W domu.
-Niech szybko tu przyjeżdża, jak dłużej by został sam, mogłoby się mu coś stać.
-Spoko, zadzwonie.
Carol zadzwoniła, na szczęście odebrał. Po dwóch minutach już był u nas. Wszyscy: ja, Ryan, Carol, Jack oraz oczywiście Jac weszliśmy do samochodu, i pojechaliśmy do domu Jacka i Alex. Gdy weszliśmy... zobaczyliśmy coś strasznego. Na podłodze leżała zakrwawiona Alex, a koło niej karteczka:
,,Macie rację. 
Jestem od Nicole.
Zniszczę was. ''
Jack upadł przy Alex. Ja przytuliłam się do Ryana, a Jac sprawdził, czy żyje. Niestety... nie żyła. Carol zadzwoniła po policję. Zaoferowali nam, że będziemy ''na podglądzie". Teraz, będziemy bezpieczni... 

sobota, 17 maja 2014

Uczucia zmienne są IV- Mamo...? KONIEC

-Julie, przepraszam...!- zaczął krzyczeć i padać na kolana.
-Jake...- powiedziałam ze strachem w głosie.
-Nie bój się.- odpowiedział.
Popatrzył na nas chwilę, po czym powiedział:
-Jake... mama byłaby z ciebie dumna...- i wyszedł.
Chwilę tak staliśmy. Patrzyliśmy się na zamykające się drzwi strychu.
-Jake... Kiedy stąd uciekniemy?- spytałam.
-Jeszcze 9 miesięcy... nie bój się.- powiedział kucając i przytulając mnie.
-Jak jesteś, to się nie boję...
-Chodź, pójdziemy coś zjeść, na mieście. Jeszcze kupię ci jakieś ubrania. Chcesz?- spytał.
-Skąd masz pieniądze?- zdziwiłam się.
-Poprosiłem, aby dali mi trochę w rękę. Takim oto sposobem mamy 1000 funtów.
-Ale tata...
-Spokojnie. Nie zauważy jak wyjdziemy. Przy okazji pójdziemy na cmentarz, do mamy. Porozmawiamy z nią.
-W sumie dziś ten dzień... Jake?
-Tak?
-Nie jesteś na mnie zły?
-Czemu?!- zdziwił się.
-Zabrałam ci ją...
-Głupia, nie ty ją zabrałaś. To ten psychol, który siedział w samochodzie.
-Muszę jeszcze jedno ci powiedzieć... Ten psychol, z samochodu to był on...
-Kto?!- zdziwił się.
-To był... twój... ta... ta...
-Że co?!- powiedział zaciskając pięści.
Tak naprawdę, ja i Jake nie byliśmy rodzonym rodzeństwem, tylko przyrodnim.
Jake nie powiedział nic, tylko wyszedł z pokoju.
-Jake! Stój!- krzyczałam płacząc.
-Julie, mam sprawę do załatwienia.
-Jake! Stój! Proszę cię! Nie rób mu nic! Jak coś mu zrobisz, to ucieknę i sama wpadnę pod samochód!
Brat stanął przy drzwiach ciągle mając zaciśnięte pięści.
-Jake... boję się ciebie...- powiedziałam uderzając głową w poduszkę.
-Julie... naprawdę jestem taki straszny?- powiedział ze smutkiem w głosie.
-To moja wina. Broniłeś mnie i się taki zrobiłeś. Wszystko chcesz rozwiązywać siłą. Wiem, że to wszystko, by mnie bronić... niszczę wszystkim życie!- powiedziałam wstając z łóżka i wybiegając ze strychu. Jake tylko patrzył chwilę za mną. Trzasnęłam drzwiami i pobiegłam daleko. Mocno się przyglądałam jadąc samochodem z Yayoi. Znałam drogę do ich domu. Pobiegłam tam. Gdy już miałam zamiar zapukać do drzwi, zrozumiałam, że Kumiko wróciła ze szpitala. Mimo to zapukałam. Otworzyła zapłakana Yayoi.
-Yayoi? Co się stało?
-Kumiko... miała wypadek i umarła...
-O... przepraszam... przykro mi...- powiedziałam, i wybiegłam z bloku. Za mną pobiegła Yayoi i Ayumu.
-Nie biegnijcie za mną.- powiedziałam zatrzymując się.- nie musicie. Ja tylko... niszczę wszystkim życie... nie jestem nic warta.- i pobiegłam dalej.
-Julie!- krzyknął Ayumu.- Coś ci powiemy, chodź tutaj.
Podeszłam do Ayumu.
-Tak...?
-Twoja mamusia, to moja przyjaciółka ze szkoły. Margaret urodziła się w Tokio, doskonale znała Japoński, i zapewne to ona cię uczyła, dlatego też rozumiesz nasze japońskie zwroty. Nie umarła od razu. Zawieziono ją do szpitala, a ona zadzwoniła do mnie i poprosiła, żebym przyleciała a twój tata da mi pieniądze na bilet. Zaczęłam płakać. Nie widziałyśmy się lata, a ona dzwoni w takiej sytuacji... Przyleciałam tu. Margaret złapała mnie za rękę i powiedziała ,,Gdy Julie będzie miała 12 lat, przylećcie tu. Wiem, jak mój mąż będzie się nią opiekował... Nie będzie. Jake też jest chory, tak jak ja. Prawdopodobnie, również umrze... jak skończy 18 lat. Wtedy zaopiekujcie się moją córeczką, i wychowajcie ją dobrze. Jak będzie chciała do nas dołączyć, pozwólcie jej...'', a gdy skończyła, umarła. Twoja mama miała raka kości... Dlatego tak lekki wypadek ją wykończył.
-Aa... ale Jake!- krzyknęłam, przytuliłam Yayoi i zaczęłam płakać.
-Spokojnie. Jake'a udało się wyleczyć. Nie umrze. Dopóki się nie wyprowadzi, mieszkacie u nas. Chcesz?
-Arigatou!
-Nie ma za co, mała...- powiedziała przytulając mnie.
Tej nocy już oboje mieszkaliśmy u nowych opiekunów. O 10 rano obudziła nas Yayoi, i powiedziała, że jedziemy na cmentarz. Wsiedliśmy do samochodu. Nagle w przód naszego samochodu uderzył tir. W tył, osobówka. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Poczułam ból. Nagle, zobaczyłam światło, a w nim piękną kobietę trzymającą a rękę dziewczynę. Obie były ubrane w długie białe sukienki. Kobieta miała długie, rude i pofalowane włosy, a dziewczyna krótkie, proste i czarne.
Tak, byliśmy w niebie...
_________________________________________
KONIEC.



Wiem, że miało być 5, ale piąty byłby króciusieńki xd zaczęłam pisać i zajęło to pięć linijek, więc postanowiłam zrobić 4 rozdziały. To tyle...
Pa <3

Kolejne opowiadanie... Ewentualnie książka xd

Sięs ;3

Pomyślałam sobie, że skończę Uczucia zmienne są. I tak miało być tylko 5 części, bo to bardziej opowiadanie xd
A gdy skończę, będę pisać takie trochę... sajęs fykszyn XD. No nie dosłownie, ale takie nie realistyczne c;
Więc dziękuję osobom, które czytają naszego bloga, jesteście najlepsi. <3

To tyle xd Paa <3

XIII Kim ty jesteś?!

Minęło kilka dni. Za tydzień miał być ślub Carol i Jaca. Razem z przyjaciółką i Alex miałam wybrać się na zakupy, wybrać suknie.
-Oo, dziewczyny, tam jest jakiś sklep. Całkiem fajne te sukienki na wystawie- powiedziała Alex.
-No spoko są. Idziemy?- zapytałam.
-Chodźcie- powiedziała Carol idąc w stronę sklepu.
W sklepie były różne suknie ślubne: białe, ekri, z dużą ilością ozdób lub skromne.
-Carol, może ta?- zapytała Alex, wskazując długą, białą suknie.
-No fajna jest... Ma kilka ozdóbek, ale jest skromna. Biorę tą.- odpowiedziała.
-Dobry wybór- powiedziła sprzedawczyni- do niej jest jeszcze gratis welon i buty.
-Naprawdę?- zdziwiła się Carol- a ile kosztuje?- spytała
-110 funtów- odpowiedziała.
-Jak maało.- zdziwiła się Carol- biorę ją. Dziewczyny, idźcie popatrzyć dla siebie sukienki, zaraz do was dojdę.
-Ok- odpowiedziałam, i wyszłyśmy ze sklepu.
-A, Alex... Zapomniałam ci pogratulować.
-Czego?- zdziwiła się.
-No, będziesz mamą...
-Aa, Jack już powiedział. Tak, dzięki.
-Spoko... Patrz, tam jest fajny sklep. Chodźmy tam.- powiedziałam wskazując na sklep z sukienkami.
-Okeej.
Weszłyśmy do sklepu. Od razu rzuciła mi się w oczy długa, różowa sukienka. Z boku, miała przypiętą różyczkę.
-Ta jest fajna- powiedziałam.
Kupiłam ją i wyszłyśmy z galerii.
-Dziewczyny, idźcie do samochodu, ja muszę coś zrobić. Za 5 minut będę.- powiedziałam. Tak naprawdę chciałam tylko pójść do łazienki. Gdy znów wchodziłam do galerii, poczułam uderzenie w głowę. Czymś ciężkim. Upadłam.
***
Obudziłam się w jakimś samochodzie. Chyba nic mi nie było. Koło mnie siedziała pewna dziewczyna.
-Hej, jestem Hyuna, a ty?- spytała
-Miło mi... czekaj...
-Też straciłaś pamięć?- zdziwiła się.
-Chyba tak... ale to nie jest dziwne? Nic mi poza tym nie jest, i nie czuję się dziwnie. 
-Poszukaj dowodu w torebce.- powiedziała
-Dobry pomysł- odpowiedziałam i zaczęłam grzebać w torebce. 
-Znalazłam! Carly Dennis. Miło mi.
-Ile masz lat?
Popatrzyłam na dowód i powiedziałam
-19, a ty?
-13. Masz chłopaka?
-Nie wiem! 
-Zobacz w telefonie zdjęcia.
-Ty to masz pomysły mały geniuszu- powiedziałam i zaczęłam przeglądać zdjęcia. Zobaczyłam zdjęcie, gdzie jestem z Ryanem, potem pierścionek zaręczynowy, kolejne jak całuję się z Ryanem
-Ryan!- krzyknęłam i miałam łzy w oczach.
-Co?
-Powoli sobie przypominam! Tak! Mam brata, rodzice zginęli, jestem zaręczona, mam przyjaciół... Długo spałam?
-No tak z godzinę. 
-Hm...- mruknęłam i zaczęłam szukać jakiś drzwi, bo był to taki ''bus'', więc siedziałyśmy w "bagażniku". Poczułam, że samochód staje. Wyjrzałam przez okienko. Byliśmy na stacji benzynowej! Facet poszedł zapłacić! Szansa na ucieczkę. Zaczęłam przyświecać telefonem i otworzyłam drzwi. Jak wyszłyśmy, zamknęłam je, żeby myślał, że wszystko jest tak jak było. Szybko uciekłyśmy i schowałyśmy się za budynek. 
-Czemu byłyśmy tylko dwie?- spytałam.
-Jak wcześniej stawał na stacji, to wszystkie uciekły.
-A ty...?
-Wolałam z tobą zostać.
Do moich oczu znowu napłynęły łzy.
-Czemu?
-Wiem jak to jest, jak ktoś cię porywa, a ty się budzisz i jesteś sama...
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc po prostu ją przytuliłam.
-Nie zdążyłam zapytać. A ty jak się nazywasz?
-Muszę mówić?
-Tak.
-Jestem Hayley Dennis...
-Jesteśmy rodziną?
-Moi rodzice też nie żyją...
-Jak się nazywali?
-Marrie i Jerry...
-Że co przepraszam?!
-Carly, ty naprawdę nic nie wiesz? Nie pamiętasz, jak miałaś 6 lat a mama wyjechała na rok do USA? Nie chciała ci mówić... Oddała mnie babci. Nie znałaś jej, prawda?
-Nie... A Jack? Wie?
-Omg jak ty to wszystko znosisz. Masz jakieś uczucia wściekłości? Albo złości?
-Uwierz mi, że mam. Kiedyś powiedziałam chłopakowi, że go nie kocham... Ale później żałowałam. A dziś, jest moim narzeczonym.
-Już go kochasz?
-Byłam wściekła. Była go pocałowała... Ale wszystko się wyjaśniło. Nieważne. Jack...?
-Nie, on też nie wie. Zadzwoń do niego.. Niech po ciebie przyjedzie.
-A ty? Nie pozwolę siostrze zostać samej!
-Nawet, jeśli nie wiesz, czy mówi prawdę? I w ogóle jej nie znasz?
-Nawet.
-Dziękuję.
Uśmiechnęłam się, i zadzwoniłam po brata. Minęła godzina, dwie, trzy... A Jacka nie ma.
-Co jest?!- denerwowałam się.
-Zadzwoń po chłopaka.
-Kolejny dobry pomysł...
Zadzwoniłam.
-Ryan?! Co z Jackiem, miał po nas przyjechać, godzinę drogi od Londynu, a tu już trzy minęły! Denerwuję się....
-Nas?
-Nieważne. Co z bratem?!
-Przyjadę po was... Spokojnie. Wejdźcie do środka, kupcie sobie jakieś jedzenie. Za godzinę będę.
-Czekam...
_________________________________________
Sorka, że tak długo nie pisałam, ale szkoła... I kolejne uzależnienie ;____; XD Taak... kolejne uzależnienie od Anime >.>
Otaku górą! <3 

wtorek, 13 maja 2014

Dziwne sny-cz. 3

-A co ta historii ma związanego ze mną?
-Twoja mama była tą dziewczynką.
-Co?-wstałam gwałtownie z łóżka.
-Masz książęcą krew i wujka.
-Ale gdzie on jest? Co się z nim stało?
-Nikt tego nie wie... Pewnego dnia musiał wyruszyć w las i nigdy nie wrócił-powiedziała smutnym głosem.
-W takim razie kim ty jesteś w tej rodzinie?
-Jestem kuzynką twojej mamy i pomagałam jej urządzić się w tym świecie.
-Aha... a czy wujek żyje?
-Tego nie wie nikt-w jej oczach zabłyszczały słone łzy.
-Proszę nie płacz-usiadłam koło niej i wyjęłam chusteczkę-Proszę.
-Dzięki-wzięła i wytarła oczy.
-Nic już nie rozumiem co z tym wszystkim ja mam wspólnego?-zapytałam
-Popatrz-na jej ręce zatańczyły białe iskierki.
-Co to?
-To magia... ty też ją posiadasz głęboko w sobie i musisz nauczyć się nią władać.
-Po co?
-Żeby się bronić.
-Przed kim?
-Pamiętasz postać ze snów?
-Chyba twarz, jest starsza-poczułam zimny dreszcz na plecach
-Musisz nauczyć władać się swoją mocą żeby móc wygnać ją z twoich snów.
-Ale jak?
-Pokarze ci-puściła da mnie oczko-Zaczniemy od czegoś łatwego. Chodź za mną.
Wyszłyśmy z pokoju i stanęłyśmy przed ścianą w korytarzu.
-Magia jest w tobie-w ścianie pojawił się otwór.Weszłyśmy w ścianę do ukrytego pokoju z wieloma księgami i różnymi
-To magiczny pokój.
-A co w nim magicznego?
-To, że tak naprawdę go nie ma.
-Nie rozumiem...Czy to znaczy, że jesteśmy w innym wymiarze?
-Nie. Ale ten pokój nie jest częścią budynku. Po prostu jest... Dzięki magi-jej oczy zmieniły kolor z zielonych na niebieskie.
-Jak mam się nauczyć władać nad mocą?
-Najpierw podaj mi rękę-zrobiłam to, a ona chwyciła mnie i zamknęła oczy-Jesteś niezwykła! Masz moc słońca która trafia się raz na dziesięć lat.
-Naprawdę?
-Poczekaj chwilkę-wzięła grubą księgę o złotej oprawie i podała mi ją-Z niej nauczysz się . Strzeż jej. Zostawię cię samą.
Zaczęłam ją czytać. Spojrzałam na tytuły rozdziałów.
I. Dla początkujących.
II. Dla wstępnie zaawansowanych.
III. Dla średnio zaawansowanych.
IV. Dla zaawansowanych.

Bardzo dziwne-pomyślałam-aż tyle tego?-ziewnęłam głęboko-muszę się przespać wykończyła mnie ta podróż.

Wyszłam przez białe drzwi i wróciłam do swojego pokoju i położyłam się na łóżku zamknęłam oczy i ogarną mnie sen.

Byłam na zielonej łące pełnej kolorowych kwiatów, a  koło mnie latały wróżki o różnobarwnych motylich skrzydłach. Uśmiechały się do mnie przyjaźnie i machały małymi rączkami. Miałam na sobie długą, kwiatową suknie. Włosy miałam uplecione w długi warkocz przyozdobiony krwisto czerwoną różą. Słońce było jakieś dziwne...Miało oczy, usta i nos! To znowu ta twarz, patrzyła na mnie oczami przepełnionymi nienawiścią.
-Dlaczego wciąż nawiedzasz mnie w snach!-krzyknęłam zaciskając pięści.
-O ktoś tu się zdenerwował-powiedziała drwiąco.
-A żebyś wiedziała, że tak. Czego ty ode mnie chcesz?!
-Chcę twojej śmierci.
-To jest mój sen więc i moje zasady-uśmiechnęłam się złowieszczo-Nie chcę cię w moich snach!-krzyknęłam i na niebie pojawiły się chmury i zasłoniły słońce ze zdziwioną twarzą.
-Udało się!-skakałam z radości-Nie pozwolę ci panoszyć się bezkarnie po moich snach!-rzekłam stanowczo. Poczułam mrowienie na całym ciele, a w okół mnie zatańczyły żółte iskierki. Otworzyłam oczy, a ręce same robiły co chciały, po chwili wyleciał z nich złoty promień i trafił wprost na wrogą twarz.
-Nie!-usłyszałam świst i ona już znikła,a ja mogłam spacerować na łące i bawić się z wróżkami.

                                           




sobota, 10 maja 2014

Uczucia zmienne są- III Jake?!

Weszłam do domu. Zobaczyłam pudła. Duużo pudeł. Bardzo dużo pudeł.
-Tatusiu?- zawołałam drżącym głosem.
-Julie!- usłyszałam niezadowolony głos.
-Błagam, tatusiu! Nie bij mnie!
-Nie mam zamiaru. Wtedy jak w szpitalu schowałaś się pod kołdrę... zrozumiałem co zrobiłem. Nie dałem ci żyć... byłem potworem.
-A co z pudłami?
-To są twoje rzeczy, skoro mnie nie chcesz, idź gdzie cię poniesie. Żegnam panią.- powiedział, i dał mi dwa pudła w ręce.
-A reszta?- spytałam.
-To moje stare rzeczy: laptopy, telefony, MP4 i tak dalej...
Miał tyle laptopów a ja nie miałam jeść... ,,Mamo! Dlaczego na to pozwalasz?! Chcesz się odegrać?! Dobrze... daj mi tylko jakiś znak...''. Usiadłam w kącie przy śmietnikach. Skuliłam się i zaczęłam płakać. Nagle ktoś położył mi rękę na ramieniu. Podniosłam głowę. Był to rudowłosy chłopiec. Od razu nasunęła mi się jedna myśl:
-Jake!- krzyknęłam, wstałam i go przytuliłam.
Tak, to był Jake. Podniósł mnie na ręce, i zaczął przepraszać... ,,Czyli jednak mnie kochasz, mamusiu? Po tym wszystkim, co ci zrobiłam... Ty wciąż mnie kochasz!'' Bardzo śmiesznie wyglądał, gdy tak przepraszał. Postawił mnie na ziemi i kucnął. Popatrzył na ziemie i znowu zaczął przepraszać. Nawet się rozpłakał! Śmiesznie wyglądał, ale było mi go szkoda, więc pocałowałam go w czoło i przytuliłam. Ja... też zaczęłam płakać.
-Czemu wróciłeś?- spytałam. - po tym wszystkim, co ci nagadałam?
-Wiesz, po co są starsi bracia?- spytał.
-Nie... Po co?
-Po to, żeby chronić swoją młodszą siostrę. Co by się nie stało, zawsze będę przy tobie. Obiecuję.
-Teraz ci mogę uwierzyć?
Położył rękę na sercu, i odpowiedział: Tak.
-Tata wygonił mnie z domu... to są moje rzeczy.- powiedziałam wskazując na pudła.
-Weź je. Idziemy do domu...- powiedział marszcząc brwi.
Gdy weszliśmy do domu, zaczęła się akcja.
-Siema tato. Przyprowadziłem własną siostrę i twoją córkę do domu, może zostać na noc? I jeszcze przyniosła kilka swoich rzeczy, które jej własny ojciec aż spakował i wywalił ją jak psa z domu, za pieniądze syna. To może zostać?
-Ty....! Wiesz, że nienawidzę tej gówniary! Zabrała mi żonę!
-Ale ty zabierasz jej własne dzieciństwo! Ty mogłeś sobie znaleźć drugą żonę. Ona drugiego dzieciństwa nie... Jesteś potworem. Jeśli jeszcze raz nie dasz jej jedzenia, picia, ubrania, książki albo wyrzucisz ją z domu lub pójdzie do szkoły chociażby z teperaturą 36.7, to ty tego pożałujesz. Naskarżę na ciebie w telewizji, internecie, zgłoszę cię do sądu. Zginiesz, sukin
-Jake, przestań. On mnie nie chce... Tatusiu.- powiedziałam i podeszłam do niego.- ja wiem, że mnie nie kochasz. Rozumiem... ale chcę żebyś ty wiedział jedno. Facet, który raz podniósł rękę na kobietę, lub własne dziecko, przestaje być facetem. A co dopiero mężczyzną...- powiedziałam, i wzięłam z półki nasze wspólne zdjęcie. Pięcioletnia ja, dziesięcioletni Jake, kochający mnie tata i mama... Wyjęłam je i na oczach taty wzięłam nożyczki i wycięłam jego twarz.
-Chciałabym, żeby tak było. Dobranoc tatusiu...- powiedziałam wychodząc z pokoju i wchodząc na schody.
Czułam jego wzrok jeszcze długo na swoich plecach... Zastanawiałam się, co zrobiłam. Czy to dobre?
Następnego dnia obudził mnie znajomy głos pod oknem. To Kumiko... Jake się chyba z nią umówił. Zaczęłam ich podsłuchiwać.
-Kumiko... ja... się... ja... ech...
-Zakochałeś się?
-Eee... tak...
Zasmuciłam się, że to akurat ona, ale cóż... To Jake ma być szczęśliwy. Ja jestem na drugim miejscu... a jak się z nią ożeni, to na trzecim... a jak będą mieli dzieci to na czwartym... z
-Też cię kocham...- odpowiedziała Kumiko- chcesz ze mną chodzić?
-Hę? Chciałbym... ale nie mogę... przepraszam...- powiedział i wbiegł do domu, i potem na strych. Ja siedziałam na łóżku.
-Jake... nie rezygnuj z niej dla mnie.
-Co?
-Słychać was było. Nie rezygnuj z niej dla mnie. Masz własne życie. Nie martw się o mnie.
-Julie, ale ja ciebie miałem chronić. Nie ją, nie kogo innego tylko ciebie.
-Każdy brat jest po to, aby chronić młodsze rodzeństwo. Wiem... ale jeszcze ważniejsza jest rola każdego człowieka.
-Jaka?
-Bycie mężem lub żoną i posiadanie dzieci. Ty się zajmujesz mną... ale za rok... już nie musisz. Ja... mam przed tobą tajemnicę. Nie mogę ci jej zdradzić.
-Masz przede mną tajemnicę?!
-Tak... mam... nie zdradzę ci jej. Przepraszam braciszku...
-Nie masz za co. Nie będziesz zawsze przecież mnie tak kochać, jak kilkuletnia Julie.
-Zawsze będę tak samo.- powiedziałam i przytuliłam go. Czuję się wtedy bezpiecznie...
-Puk puk... mogę wejść?
Jake od razu wstał i zasłonił mnie sobą. Ja się za niego schowałam.
-Julie... przepraszam... dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie... jaki jestem... byłem... nie zmienię się tak od razu... ale będę próbował... przepraszam cię... kochanie...
-Odejdź! Ona się ciebie boi! Nie widzisz?! Nie wstyd ci?! Twoje własne dziecko się ciebie boi!
-Julie... naprawdę się mnie boisz?- spytał.
Ścisnęłam rękę Jake'a, bo bałam się odpowiedzieć.
-Widzisz? Nie mówi nic. Ścisnęła moją rękę bo się boi... jesteś straszny.- powiedział Jake.

piątek, 9 maja 2014

Uczucia zmienne są- II Kumiko

Następnego dnia obudziłam się, a koło mojego łóżka siedział Jake.
-Spałeś?- spytałam.
-Nie... nie mogłem...- odpowiedział.
-Dzisiaj jest ten dzień...- powiedziałam. U nas nie mówiło się rocznica, czy jakoś tak. To był ten dzień...
-Tak... wiem... Do twojej sali ktoś dojdzie. Jest rok młodsza od ciebie. Cieszysz się?- spytał.
-Tak. Nie będę sama.- odpowiedziałam bez wahania, że Jake się zakocha. Nigdy nie był zakochany.
-To dobrze.- powiedział.
Chwilkę rozmawialiśmy. Musiał wyjść do łazienki, a ja próbowałam usnąć. Jak już prawie spałam, do mojej sali wprowadzono całkiem ładną dziewczynę z krótkimi, czarnymi włosami. Była chyba Japonką, albo Chinką... nie wiem, nie rozróżniam. Gdy już się położyła, do sali wszedł Jake. Od razu, gdy ją zobaczył... Widać było, że mu się podoba. Zamiast podejść do mojego łóżka, podszedł do niej.
-Hej, jestem Jake.- przedstawił się.
-Kumiko. Miło mi.- powiedziała z uśmiechem.- jestem Japonką.
-Wiem, zauważyłem.
-Ach tak...
-Jake! Chodź tu!- krzyczałam.
-Czekaj mała!- odpowiedział niezbyt miłym głosem.
-Nigdy tak do mnie nie powiedziałeś...- powiedziałam i się rozpłakałam.
Jake tylko popatrzył na mnie.
Odwróciłam się do nich plecami. Już jej nie lubiłam.
-To... Kumiko... powiedz, dawno tu mieszkasz?- spytał.
-Nie... właściwie, to od wczoraj...
-Serio? Na jakiej ulicy?
-Czekaj... ja cię znam...- powiedziała tajemniczo.
-Serio?- zdziwił się.
-Ty jesteś Jake Jones!
-No tak... No tak! Tak, to ja. Zbyt często o tym nie pamiętam... ojciec zabiera wszystko. Nie mam nic oprócz pokoju na strychu.
-Jake! A ja?!- krzyknęłam.
-Znasz ją?- spytała Kumiko.
-Nie, to pewnie jakaś fanka.- odpowiedział.
Poczułam jakby ukłucie w sercu... Jakby, wyparł się mnie.
-Jake, obiecałeś mi coś!- krzyknęłam na niego.
-Uspokój się!
-Jake! Ja mam tylko ciebie...! A niech cię szlag, nie potrzebuję cię! Najwyżej zdechnę!
Nagle Jake w końcu się odwrócił w moją stronę.
-Ejj... Julie, nie mów tak...- powiedział Jake.
-Czyli jednak ją znasz?- powiedziała Kumiko.
-No, to moja siostra...
-Wyparłeś się własnej siostry?! Odbiło ci w tym łbie od tej sławy?!
-Jak źle się czuję gadam głupoty! Nasz ojciec karze nam do szkoły łazić jak mamy 40 stopni...
-Tylko ja muszę! Ciebie kocha...- odpowiedziałam.
-Hę?- zdziwiła się Kumiko.
-Jak Julie była mała
-Nie mów jej!-przerwałam mu.- Nie chcę, żeby ktoś zupełnie obcy o tym wiedział...
-Ale...
-Nie lubię jej! Zabiera mi ciebie! W tak krótkim czasie, obróciła ci w głowię, i już zaczynasz mieć mnie gdzieś. Obiecywałeś, że jak będziesz miał dziewczynę, to o mnie nie zapomnisz! Idź stąd! Nie potrzebuję cię! Ucieknę z domu, będzie to samo! Nikt mnie nie chcę!- krzyknęłam i zerwałam się z szpitalnego łóżka.
-Julie! Julie!!- zaczął krzyczeć za mną brat.
-Odejdź! Nie chcę cię! Nie chcę!- zaczęłam na niego krzyczeć.
-Obiecywałeś! Że będziesz bronił! Że nie opuścisz! A w tak krótkim czasie już mnie nie chcesz! Nie kochasz mnie! Jesteś fałszywy! Każdy rudy jest fałszywy!- krzyknęłam na niego.
-Nigdy nie sądziłam, że będę ci wypominać, że jesteś rudy... Nienawidzę cię!- krzyknęłam i wybiegłam ze szpitala. Z daleka słyszałam tylko ciche:
-Julie! Julie!
Zaczęłam błąkać się po ulicy. Nie wiedziałam, gdzie mieszkam. Znaczy znałam adres... Ale tylko drogę do szkoły i z powrotem.
Wieczorem, postanowiłam wejść do jakiegoś bloku. Przynajmniej będzie cieplej. Gdy wkuliłam się w kąt, zaczęłam się modlić. Może nie modlić, co rozmawiać z mamą.
,,Mamo... Wiem, że to wszystko moja wina. Gdyby nie ja, bylibyśmy szczęśliwą rodziną...
Pokłóciłam się z Jake'iem... Olał mnie... Wyrzekł się mnie... On nie chcę... żebym była... w jego życiu... wiem to... Proszę, poproś, żeby Jake mnie znalazł, przytulił... I żebyśmy uciekli od taty... Nie proszę cię, aby się zmienił... Ja wiem, że on mnie nienawidzi... nie chce... przeze mnie cię stracił... Sama siebie nienawidzę... Ja wiem, mamusiu, że jak na dwunastolatkę jestem zbyt dziecinna... Ale ja nikogo nie mam... Chcę od niego uciec... uciec od taty... taty, który mnie nie chcę...''.
Po tym usnęłam. Obudziłam się w ciepłym łóżeczku.
-Hę? Przepraszam...!- krzyknęłam.
-Ayumu, obudziła się.
Zrozumiałam, że jestem w domu Japończyków.
-Kon'nichiwa! Jestem Yayoi, a to mój mąż, Ayumu.- przywitała się kobieta.
-Ja jestem Julie... Przepraszam, a gdzie ja właściwie jestem?- spytałam.
-Jak wybieraliśmy się do naszej córci, Kumiko, to znaleźliśmy się na klatce. Nie byliśmy pewni czy żyjesz, ale oddychałaś, więc zabraliśmy cię tu.
-Kumiko? Ma 16 lat i jest w szpitalu?
-Tak... a czemu pytasz?
-Och... wy jesteście mili... przepraszam co powiem... dziękuję wam... Ale nie lubię Kumiko.
-Dlaczego?- zdziwiła się Yayoi.
-Może nie z jej winy, ale zabrała mi coś, co kochałam najbardziej. Coś, co mnie chroniło. Coś, co zawsze było przy mnie... Przez to, że ze mnie szydziła, mój brat również wyparł się mnie. Nie chce mnie... nie kocha... jest jedyną osobą, którą mam po śmierci mamy...
W oczach Yayoi zobaczyłam łzy. Postanowiłam ją pocieszyć.
-Nie płacz, Yayoi. Jesteś dobra.- po czym przytuliłam ją swoją, jak na dwunastoletnią malutką rączką, wstałam z łóżka i powiedziałam:
-O ai shimashou.
-Saraba!- odpowiedział Ayumu.
-Czekaj! Nie chcesz jeść?- zatrzymała mnie Yayoi.
-Jeśli to nie problem...
Usiadłam do stołu i zjadłam razem z nimi. Nie wiem dlaczego Kumiko taka jest... Oni są przyjacielscy, pomocni, a ona zabrała mi Jake'a. Po zjedzeniu, zapytałam, czy Kumiko ma chodzić do tej samej szkoły co ja (mimo czterech lat różnicy, chodzimy razem do szkoły. W jednym budynku są dwie).
-Tak, chodzi.- odpowiedział Ayumu.
-A czy umieją państwo tam dojechać?- spytałam.
-Owszem. Podwieźć cię- spytała Yayoi.
-Wystarczy mi wytłumaczyć jak tam pójść.
-Podwiozę cię.- oznajmiła Yayoi.
Po 10 minutach byłam pod budynkiem.
-Dziękuję, Yayoi. O ai shimashou!- pożegnałam się.
-Saraba!- odpowiedziała.
Stąd znałam drogę do domu.
Gdy podeszłam pod dom... Nacisnęłam klamkę...

Uczucia zmienne są- I Tylko początek

,,Miałam wtedy równiutko 6 lat. Był to dzień moich urodzin. Mama postanowiła, że pójdziemy na piknik. My miałyśmy iść przodem, a tata i brat mieli dojść potem. Jak chciałam przejść przez ulicę, mama zabroniła:
-Tu nie ma pasów.- powiedziała łagodnie i z uśmiechem.
Lecz ja wbiegłam na drogę. Mama widząc nadjeżdżający z dużą prędkością samochód, wbiegła na ulicę za mną, odepchnęła mnie i sama padła ofiarą wypadku.
Nigdy więcej nie widziałam jej żywej...
A to wszystko moja wina... ''

Zamknęłam pamiętnik. Jutro był ten dzień... Dzień moich urodzin. Najgorszy dzień w roku. Nie dość, że to rocznica śmierci mojej mamy, to rocznica dnia, w którym przestałam mieć tatę... Od tamtej pory nie zajmuje się mną. Mogłabym nic nie jeść, a on nie zwróci na to uwagi. Nienawidzi mnie... Bije mnie... Na szczęście, mam 5 lat starszego brata. Zawsze mnie broni. Przez to, on również nie ma taty... Ale on zawsze ma jedzenie. Nie idzie do szkoły jak ma 40 stopni gorączki. Ja muszę... Co prawda, nauczyciele zawsze dzwonią po tatę, ale przychodzi Jake. Mój starszy brat... 
-Cześć Julie, mogę wejść?- zapytał Jake. 
-Jasne...
-Jutro jest ten dzień... Ale się nie bój. Zawsze będę przy tobie.- odpowiedział i mnie przytulił. 
-Sześć lat... Gdyby nie ja... Mielibyśmy obojgu rodziców... Przepraszam...- powiedziałam i zaczęłam płakać. Jake zawsze mnie pocieszał, bo wiedział, że moja psychika jest bardzo... ''zryta''. Widziałam śmierć mamy. Spowodowałam ją. Jako sześcioletnie dziecko, widziałam śmierć najbliższej osoby w życiu. I jeszcze ojciec... 
-Ejj no nie płacz... Wszystko będzie dobrze. Jak chcesz, to możemy pójść do Jacka. Chcesz?- spytał. Jack to jego kolega, zawsze nas przyjmuje jak tata nas bije... Dziwi mnie jedno: dlaczego jeszcze z nim mieszkamy? Mimo tego, że widzą to nauczyciele, sąsiedzi, a nawet policjanci? 
-Chcę...- odpowiedziałam i popatrzyłam na niego smutnymi oczami pełnymi łez. 
-Nie płacz już... Obiecuje, za rok cię stąd zabiorę. Będziemy mieli pieniądze. Jedzenie. Będziesz mieć dużo ubrań i książki. Obiecuję ci to...
Jake jest młodym piłkarzem. Póki nie skończy osiemnastego roku życia, tata zabiera wszystkie pieniądze i przepija w barze, wydaje na papierosy i rzeczy dla siebie. Mamy bardzo duży dom. Ale my mamy pokoje na strychu. Mamy nawet pokojówkę, która nie wie o naszym istnieniu. Znaczy wie... ale myśli, że mamy lekcje do 17. 
Jake wstał, i poszedł do kuchni. Zawsze przynosi mi jedzenie ukradkiem, bo ojciec chyba by go zabił jakby się dowiedział, że daje mi jeść. Gdy wrócił, wypuścił z rąk kanapki i picie. Podbiegł do mnie, i zaczął krzyczeć. A ja... straciłam przytomność. Tak bez powodu. Gdy Jake krzyczał, nawet tata wbiegł na strych jakby się paliło. Gdy zobaczył Jake'a jak trzyma mnie nieprzytomną na rękach, zadzwonił po karetkę. Jakby nic się nie stało. Gdy tata zadzwonił po karetkę i mnie zabrali, nie chciał jechać, ale gdy Jake wsiadł do karetki, on też wsiadł... Jake przez całą drogę się nie odzywał, tylko patrzył na ojca.  Gdy dotarliśmy na miejsce, Jake wyleciał z karetki jak rakieta. Tata powoli... I usiadł na ławce. Spojrzał w górę, i zaczął ruszać ustami, ale nic nie mówił. Jake machnął ręką i poszedł.
Okazało się, że nie muszę mieć operacji. Zemdlałam ze zmęczenia. Gdy się obudziłam koło mojego łóżka siedział Jake. Zaczęłam z nim rozmawiać. Nagle do sali wszedł tata. Podszedł do mojego łóżka, podniósł rękę jakby chciał mnie uderzyć.
-Nie bij mnie!- krzyknęłam i schowałam się pod kołdrę. 
Tata zrobił bardzo dziwną minę... Jakby dopiero zobaczył, co zrobił. Zawahał się, i wyszedł. Poprosiłam Jaka, by został przy mnie. 
-Oczywiście, że zostanę.- odpowiedział. 
-Braciszku...?
-Słucham.
-Prawda, że mnie nigdy nie zostawisz? Nawet, jak będziesz miał żonę i dzieci? Nawet, jak będziesz miał 80 lat?
-Obiecuję ci to. 
-A cieszyłbyś się, gdybym umarła?- spytałam.
-Co ty wygadujesz?! Skąd ty masz takie pomysły?!
-No bo... tata by cię nie bił... nie krzyczałby na ciebie... i nie musiałbyś mieszkać na strychu...
Jego oczy posmutniały. Złapał mnie za rękę. Chyba coś ukrywał...
-Ja umrę?- spytałam
-Umrzesz. Jak będziesz miała 100 lat!- mówił przez łzy.
-To czemu płaczesz?- spytałam.
-No bo... ja... wyobraziłem sobie... co by było... gdybym... ja umarł...
-Ty umrzesz jak ja będę miała 100 lat. Umrzemy w tym samym dniu, żebym nie musiała być ani chwili bez ciebie... Dobrze?
Jake'owi poleciało jeszcze więcej łez, ale mimo to starał się uśmiechać.
-Dobrze.- potwierdził.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że za kilka dni mogę być z nim rozdzielona... 

czwartek, 8 maja 2014

Dziwne sny-cz. 2

Doszłyśmy w 15 minut. Dom ani trochę się nie zmienił czerwone dachówki lśniły w słońcu, a ściany nadal były pomalowane białą farbą, w oknach kolorowe zasłonki w koronkowe wzory powiewały łagodnie poruszane przez wiatr który dostawał się przez otwarte okno.
-Nie boisz się, że ktoś cię okradnie?- zdziwiłam się.
-Nie miałby co kraść, a poza tym ktoś tam jest-spojrzała na mnie zielonymi oczami.
-Nie wiedziałam, że masz kogoś!-zaśmiała się.-O co chodzi?-zapytałam.
-Nie o to mi chodziło. Mam przyjaciela, który pilnuje domu, o popatrz wygląda przez okno!-zobaczyłam labradora o ciemnej sierści patrzącego na mnie czarnymi,błyszczącymi oczami.
-Jaki on piękny!-zachwycałam się-Z takim psem na pewno dom jest bezpieczny.
-O tak, to bardzo mądry pies-chwaliła go-Ma na imię Riq.
-Fajne imię! Skąd go masz?
-Kilka lat temu znalazłam go na ulicy, była zima, a wiesz jak to w zimę. Był wygłodzony i zmarźnięty, nie mogłam patrzeć jak się męczy więc go przygarnęłam-westchnęła-Koleżanka mi powiedziała, że ktoś przyjechał i go porzucił-miała łzy w oczach.
-Och ciociu jak oni mogli!-przytuliłam ją-Teraz ma prawdziwy dom i kogoś kto go kocha.
-Masz racje. Poczekaj zaraz się z nim poznasz!
-Tylko... ja się boje psów-zlękłam się.
-Nie bój się on nic ci nie zrobi-zapewniała
 -No dobrze-powiedziałam z wahaniem
-Riq do nogi!-przybiegł do nas wesoło machając ogonem-Wyciągnij do niego rękę musi poznać twój zapach-zrobiłam co mi kazała, powąchał ją i polizał mnie po niej. Czarne oczy patrzyły na mnie wyczekująco.
-Mam go pogłaskać?
-Jeśli chcesz, bo on na pewno chce-uśmiechnęła się serdecznie.
Pogłaskałam go delikatnie po miękkiej głowie, a jego oczy patrzyły na mnie z czułością.
-Polubił cię!
-Naprawdę?
-No popatrz na niego to widać na pierwszy rzut oka-pogładziła Riqa po uszach.
-Chodź do środka musisz się wypakować, a potem pogadamy!-zdecydowała
 Weszłyśmy schodami na góre do 2 pokoju po lewej stronie.
-O jej jak tu ładnie-zapatrzyłam się na morsko-niebieskie ściany przyozdobione fotografiami w białych ramkach. Zasłony białe w szaro-niebieskie kropki, a łóżko z białą poszewką w zielono-morskie statki były idealnie dopasowane do jasno-brązowej bamy łóżka.
-To naprawdę pokój dla mnie?-nie mogłam w to uwierzyć.
-Jeśli ci się nie podoba...-przekomarzała się ze mną.
-Nie podoba? Jest cudowny!
-No dobrze musisz się rozpakować, ja ci pomogę.
-Dzięki.
-Od czego zaczynamy?
-Chciałabym ci coś pokazać-wyjęłam z plecaka zielony zeszyt w białe kropki-Zapisywałam tu wszystkie moje sny...męczą mnie od tygodnia-zwierzam się cioci.
-Nie sądziłam, że to zaczęło się tak dawno...-powiedziała zamyślona
-Nie rozumiem.
-Musze ci coś powiedzieć-głos jej się zmienił z pogodnego i wesołego stał się smutny.-Pamiętasz tę historie którą opowiadała ci mama jak byłaś mała jeszcze przed tym jak umarła?
-Tak-poczułam ukłucie w sercu i do oczu naplyneły mi łzy-Tak bardzo mi jej brakuje-szepnęłam z bólem
-Wiem-objęła mnie ramionami, a ja odwzajemniłam uścisk- mi też jej brakuje-teraz obie płakałyśmy.
-Musicie być silne...-usłyszałam szept pełen miłości, ten głos... to głos mamy!
-Czy ty też to słyszałaś?
-Tak-uśmiechnęła się krzepiąco-To twoja mama.
-Ale jak...nie rozumiem,wszystko ostatnio jest takie skomplikowane-powiedziałam
-Zrozumiesz. Ale posłuchaj...W innym wymiarze istnieje królestwo zwane ,,Czarna Laguna'' żądlił nim mądry i uczciwy król ale pewnego dnia, zachorował i zmarł,a nowym królem został jego syn, który był kompletnym przecieństwem swojego ojca był chciwy i zrobiłby wszystko dla bogactwa.  Królestwo podupadało, a ludność wyjeżdżała szukając szczęścia gdzie indziej.
-Nikt już nie został na dworze tylko król i sala wypełniona złotem i drogimi kamieniami-dopowiedziałam
-Po jakimś czasie przybyła tam księżniczka Elizabet. Odnowiła królestwo i zaprowadziła porządek po kilku miesiącach zaczęli przybywać ludzie aby szukać domu w nowym państwie. Liczba ludności rosła z każdym dniem i po niewielkim czasie wszyscy mówili o szczęśliwym i dostatnim życiu w ,,Czarnej Lagunie''. Pewnego dnia do królestwa przybył piękny mlodzienieć i rozkochał w sobie królową. Kiedy się pobrali wyprawili huczny ślub, a po roku Elizabet ciężko zachorowała. Nic nie pomogło pogrzebał ją mąż i jej  dwoje dzieci. Zaraz po uroczystości Fryderyk wygnał swoje dzieci. Zażądził nowe prawa, a w królestwie znowu źle się działo...

___________________________________________________
Na razie tyle mam nadzieje, że może być C;





XII Uwierzy?

Kilka godzin później obudziłam się w szpitalu. Koło mojego łóżka siedział Jack i Caroline.
-Heej. Jak się czujesz łamago?- zapytał brat.
-Zamknij się- odpowiedziałam, ale to było tylko takie droczenie się.
-Gdzie Ryan?- zapytałam.
-Ryan... on... zadzwonił po karetkę, przyjechał, ale był tu tylko chwilę.
-Zadzwoń po niego...- poprosiłam przyjaciółkę.
-Okej.- powiedziała Carol wychodząc z sali. Pewnie poszła do łazienki...
Usłyszałam z korytarza głos Ryana. Byłam bardzo szczęśliwa, że przyjdzie... Opowiem mu wszystko, i mi wybaczy.
Jednak, gdy Ryan zobaczył Jacka trzymającego mnie za rękę, od razu wyszedł z sali. Na korytarzu siedział Jac.
-Co ty do cholery robisz?!- zapytał Jac.
-Nie widzisz?! Zdradza mnie, i to przy wszystkich!
-Chodź tu, i wejdź do tej sali! Już!- zaczął mu rokazywać Jac.
-Po co?! Nie mam potrzeby, nie chcę jej już widzieć... Nie wiem, jak mogła mnie tak okłamać...
-Ale ona nie kłamała.
-Nawet ty jej bronisz?! Mój brat, i przyjaciel?! Dzięki.- powiedział odwracając się i biec...
-To jest jej brat!- krzyknął Jac.
-Co?- powiedział Ryan zatrzymując się, i odwracając.
-Naprawdę, myślała, że też zginął z rodzicami, ale zabrał go przepływający obok statek, i przeżył...
-Kur...- powiedział Ryan siadając na krzesło.
-Idź tam, i przeproś ich.
-Idę...
Za kilka sekund, zobaczyłam Ryana przy drzwiach. Zaczęłam się uśmiechać, i cieszyć jak głupia.
-Ryan... to jest mój brat...
-Wiem... Przepraszam... Byłem głupi... przepraszam...- powiedział siadając na drugim krześle koło mojego łóżka.
-Nie masz za co... A jak ja zareagowałam na Nicole? Jeszcze gorzej...
-Bez przesady...
-Ojj już cicho. To jest mój brat, Jack, a to mój narzeczony, Ryan.
-Miło mi.- powiedział Ryan.
-Sory... wiesz, odbiło mi na jej punkcie...
-Nie no, spoko. Wiem przecież, jakie to może być uczucie, też jestem chłopakiem. I nie dziwie się, że odbiło ci na jej punkcie, przecież to moja młodsza siostra.
-Jack!- powiedziałam szturchając go.
-Oj już cicho siedź, bo ci żyłka na czole pęknie.- mówił ze śmiechem.
Czasem nie mogłam go znieść, ale nie mogę sobie wyobrazić życia bez niego.
-Kiedy mnie wypisują?- zapytałam.
-Jutro będziesz w domu.- powiedział Ryan.
-Swoim, na dodatek- dodał Jack
-Nie myślę inaczej. Chyba z Tobą i Alex mieszkać nie będę. Macie własne życie, a my własne.- powiedziałam Jackowi.
W tym momencie na twarzy Ryana zagościł taki piękny uśmiech... Zawsze uśmiechał się inaczej... Poczułam teraz takie dziwne uczucie... Jakbym od nowa się zakochała... Ryan był chłopakiem moich marzeń: miał ciemną karnację, brązowe włosy, był opiekuńczy, kochający, lojalny, przystojny i co najważniejsze: wierny...
Nagle Jackowi zadzwonił telefon.
-Sorka, Alex. Muszę wyjść.- powiedział i wyszedł.
-Ryan... Powiedz mi, czemu nie mogę mieć dzieci?- zapytałam
-Możesz! Za kilka lat, będziemy mieli dwójkę pięknych bliźniaków. Chłopca i dziewczynkę.
-Lubię jak tak mnie pocieszasz...
-Ale to prawda. Uwierz mi. Będziemy szczęśliwą rodziną. Na pewno!- powiedział Ryan, i mnie pocałował.
W tej chwili, do sali wszedł uradowany Jack.
-Co się stało?- zapytałam.
-Alex... ja... ona... będę... dziecko...- nie wiedział jak to powiedzieć.
-Alex jest w ciąży?!- zapytałam.
-Tak!- wykrzyknął szczęśliwy.
-Aa... supper... gratuluję- powiedziałam ze smutkiem i zaczęłam płakać, choć tak naprawdę bardzo się cieszyłam.
-Carly?- zapytał Jack.
-Chodź... powiem ci coś...- powiedział Ryan do mojego brata, i wyszli  sali.
-No bo wiesz... Carly nie może mieć dzieci, i ten temat bardzo ją drażni... i zaczyna płakać.
-Um... serio?- zapytał ze smutkiem Jack.
-Tak... ale ja wierzę, że badania się pomyliły. Za kilka lat będziemy mieli dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę...
-Przykro mi... w sensie, że badania się pomyliły a ona w to wierzy...
Ryan nie odpowiedział nic. Odwrócił się, i wszedł do mnie do sali. Jack został na korytarzu.
______________________________________________________
Tja... to by było na tyle xd

środa, 7 maja 2014

XI Szczęście

Następnego dnia jak się obudziłam, zobaczyłam różę na stoliku. Uśmiechnęłam się, i poszłam po wazon. Ryana nie było w domu. Gdy wróciłam z wazonem do pokoju, róży nie było. Zamiast róży, była karteczka: ,,W kuchni''. Uśmiechnęłam się, bo wiedziałam, że Ryan się ze mną ''bawi''. Poszłam do kuchni, a w kuchni ,,W sypialni''. Znowu zaczęłam się śmiać.
-Ryan!- krzyknęłam szczęśliwym głosem.
Poszłam do sypialni. W sypialni była karteczka ,,W łazience na półce z twoimi prefumami''. Pobiegłam do łazienki. Na półce była karteczka ,,W kuchni na stole''. Pobiegłam szybko do kuchni, a na stole stał piękny bukiet róż. Podeszłam do niego i nagle ''coś'' złapało mnie za nogę. Przestraszyłam się, ale okazało się, że to Ryan schował się pod stołem żeby mnie nastraszyć.
-Ooo ty!- krzyknęłam.
-Nie cieszysz się? Poruszałaś się trochę, i nawet nie narzekałaś na nogi.- powiedział z uśmiechem.
-No faktycznie. Ale po co mnie tak ganiałeś?
-Mam coś dla ciebie. Idź do sypialni, otwórz szafę i ubierz się w pierwszą rzecz, która rzuci ci się w oczy. Jak się ubierzesz, przyjdź tu.- powiedział tajemniczo.
-Okej, idę.
Gdy weszłam do sypialni i otworzyłam szafę, zobaczyłam piękną, czarną sukienkę. Szybko się w nią ubrałam, i poszłam do salonu. Jak weszłam do salonu, Ryana nigdzie nie było. Jak tak stałam, to poczułam, jak trąca mnie w ramię. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam mojego chłopaka w garniturze. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.
-Co się stało? Czemu się tak ubrałeś?- spytałam.
Nagle on klęknął, wyjął z kieszeni pudełeczko, otworzył je i zapytał
-Wyjdziesz za mnie?
Zatkało mnie. Nie mogłam nic powiedzieć, ale chciałam się zgodzić. Na mojej twarzy pojawiła się radość.
-Tak!- w końcu wykrztusiłam.
Ryan przytulił mnie mocno... Nie miałam ochoty go puścić. Nigdy.
Gdy tak staliśmy, do naszego domu wpadł Jac z Carol.
-W złym momencie, co?- spytał Jac.
-Nie...- odpowiedział Ryan.
-Chcieliśmy was zaprosić na... nasz ślub.- oznajmiła Carol
-Serio?! Jak cudnie!- krzyknęłam przytulając przyjaciółkę.
-I jeszcze jedno pytanie... będziecie świadkami?- zapytał Jac.
-Ja się zgadzam!- krzyknął Ryan.
-Ja też!- odpowiedziałam jak dziecko.
Dali nam zaproszenia, i wyszłyśmy z Carol na zakupy. Patrzyłyśmy na suknie ślubne, sukienki, w których ja mogłabym pójść, i zwykłe ciuchy.
-Wiesz... muszę ci coś powiedzieć.- oznajmiłam.
-No...?
Wyciągnęłam dłoń, aby pokazać pierścionek.
-Oświadczył ci się?! Super!
-Tak- mówiłyśmy obie z podekscytowaniem.
-Słodkoo... A może... zrobimy wspólne wesele?- spytała Carol.
-Nie... chcę jeszcze pożyć trochę takim... ''innym" życiem, bez małżeńśtwa tak szybko.- odpowiedziałam.
-Spoko... Też ci muszę coś powiedzieć.- powiedziała Carol.
-No...?
-Tylko to nie dotyczy ani Jaca, mnie, ciebie czy Ryana... Jest coś, o czym ci nigdy nie mówiłam...
Ja... się... ja się zakochałam...
-Co?! Ale ty masz przecież Jaca! Bierzecie ślub!- zaczęłam na nią krzyczeć.
-Daj mi skończyć! Zakochałam się w twoim... bracie... kilka lat temu...- odpowiedziała
-Co? czemu mi nic nie mówiłaś?- spytałam
-Nie wiem... bałam się...
-Ah... ale masz Jaca, bądź szczęśliwa teraaaz...- powiedziałam przeciągając ostatnie słowo.
-Co jest?- spytała.
-Widzisz tamtego chłopaka, w czarnoczerwonej bluzie?- pokazałam wskazując palcem stojącego tyłem chłopaka.
-No tak... I?
-Jak się odwróci, wygląda jak Jack!- krzyknęłam.
-Twój, Jack?!- zapytała.
-Tak! Krzyknę do niego, jak się odwróci to do niego podbiegnę i przytulę.- powiedziałam.
-Jack!- krzyknęłam na całą galerię. Cała galeria się na mnie patrzyła, ale mnie to nie obchodziło. Ważne, że chłopak się odwrócił, i zobaczyłam jego twarz.
-To on!- powiedziałam do Carol, podałam jej torby z zakupami i pobiegłam do chłopaka.
-Carly?!- wykrzyknął zdziwiony, ale szczęśliwy.
-Jack!- krzyknęłam przytulając się do brata
-Co się z tobą stało?! Gdzie byłaś?!- zapytał zatroskany.
-A ty?! Nie leciałeś samolotem?!
-Leciałem... ale zabrał mnie przepływający obok statek... rodziców nie widziałem.- powiedział.
-A gdzie teraz byłeś?!
-Jak byłaś w Islandii, postanowiłem zrobić ci niespodziankę i wyprowadzić się. Teraz widzę, że ktoś wprowadził się do naszego domu i myślał, że my też nie żyjemy.
-A nie pomyślałeś, że może to ja wróciłam?!
-Nie... A jak tam życie?- zapytał...
-Ej, ty płaczesz?- powiedziałam z lekkim śmiechem. Nigdy nie widziałam mojego brata, jak płakał.
-Niee... Jak tam życie?- powtórzył.
-Aa.. dobrze. Skończyłyśmy szkołę w Islandii, poznałyśmy chłopaków, Carol bierze ślub a ja jestem zaręczona.- powiedziałam
-Moja siostra jest zaręczona, jej koleżanka bierze ślub a ja mam tylko dziewczynę?! Ooo niee... To trzeba zmienić.
-A to już twoja rola.- powiedziałam puszczając mu oczko. Jeszcze raz mocno przytuliłam brata, a w tym momencie do galerii wbiegł Ryan. Gdy nas zobaczył, posmutniał i wybiegł.
-Ryan!- krzyknęłam i zaczęłam biec za nim.
-Ryan, stój!- krzyczała Carol dając wszystkie torby Jackowi.
-Co się stało? Kto to jest?!- zapytał się Jac.
-To jest brat Carly... Myśleli nawzajem, że nie żyją...
-Co?- zapytał się Jac.
-Naprawdę... Teraz dawaj kluczyki, nie damy uciec Ryanowi a Carly wszystko mu wytłumaczy.
-Ryan! Stój! To nie tak!- krzyczałam biegnąc, ale moje kości zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Upadłam. Walnęłam głową w kolumnę. Straciłam przytomność.
__________________________________________________
Możliwe, że na dzisiaj to koniec c;
Pa ;))

Dziwne sny- cz. 1

Jechałam do Świdnina do cioci na wakacje. Patrzyłam przez okno na ponury las. Przedział był prawie pusty... jechałam ja i jakaś starsza pani z wnukiem który o dziwo nie dokazywał. Zamknęłam oczy i pogrążyłam się we śnie. Byłam na zielonej łące pełnej kolorowych kwiatów, a obok mnie siedziała dziewczyna w moim wieku. Miała długie, czarne włosy i piękną białą suknie do ziemi. Chwyciłam nie za ręce i poszybowała w górę razem ze mną. Usiadłam na miękkiej chmurze i spojrzałam w dół, a tam rozciągała się błękitna woda w której pływały syreny z włosami przyozdobionymi bladoróżowymi perłami. Patrzyły na mnie jakoś dziwnie... jakby ze złośliwością? Nagle niebo zrobiło się czarne jak smoła a na nim biała twarz patrzyła na mnie złośliwie.
-Ha ha ha- zaśmiała się wyzywająco-To ty masz się ze mną zmierzyć?
-Nie rozumiem? To przecież tylko sen!
-O nie, nie to nie jest sen. Na przykład to zostanie z tobą do końca życia!-krzyknęła, a we mnie strzeliła błyskawica. 
-Aaaa to boli!-popatrzyłam na moje ramie została na nim blizna w kształcie węża.-Co ty mi zrobiłaś?
-Nic takiego-spojrzała na mnie drwiąco-będziesz czuła pieczenie przez kilka dni ale to nic wielkiego.Ciesz się, że cie nie zabiłam!
-Ale jak to?
-Nie martw się... niedługo przestaniesz żyć!
-Nie!-krzyknęłam i nagle wszystko w okół zawirowało. Siedziałam na fotelu w pociągu, a  starsza pani patrzyła na mnie z troską.
-Dobrze się czujesz kochanie?-zapytała
-Tak, tak wszystko dobrze-zapewniłam
-Krzyczałaś przez sen.
-Tak?-zdziwiłam się, spojrzałam na ramie była na nim błyskawica. Przeraziłam się nie na żarty, nie rozumiałam o co chodzi... przecież to sen... jak to jest możliwe. Sama nie wiedziałam co myśleć, nigdy nic takiego mnie nie spotkało.
- Przystanek 5, Warszawa.
To mój przystanek musiałam wysiąść. Może ciocia będzie mogła mi pomóc.
Wzięłam plecak,torbę i wysiadłam, na przystanku od razu zobaczyłam ciocie Róże ubrana była w długą sukienkę w kolorowe kwiaty i słomianym kapeluszu. Machała do mnie, uśmiechając się serdecznie.
-Lilianko jak miło cię widzieć. Choć pomogę ci z bagażami-wzięła odemnie torbę.
-Cześć ciociu! Nie mogłam się doczekać tych tygodni które razem spędzimy.
-Miło mi to słyszeć-uśmiechnęła się, a jej oczy zabłysły i nagle zgasły-Mam takie pytanie... miewasz ostatnio dziwne sny?-zapytała
-Skąd wiesz?-zdziwiłam się
-Powiem ci jak dojdziemy do domu, to nie jest miejsce na takie rozmowy.
-Dobrze-stwierdziłam.

___________________________________________________________________________
Oto pierwsza część mojej powieści.
Mam nadzieje, że wam się spodoba ;33

X To są chyba jakieś żarty!

-Ryan, dzwoń na policję.- powiedziałam szybko.
-Co, nie wpuścisz mnie?- zapytała Nicole.
-Niby po co?- spytałam
-Nicole?!- wykrzyknęli z drugiej strony korytarza Jac i Carol.
-Jaacuś, jak miło mi cię widzieć. Powiedz braciszkowi, że jeśli mnie nie wpuści to pożałuje i on, i jego dziewczyna.- powiedziała Nicole wyjmując pistolet z kieszeni.
-Dobra, właź- powiedziałam.
-Carly?!
-Spokojnie, wiem co robię.
Gdy Nicole przekroczyła próg powiedziałam:
-Chcę zgody.- i wyciągnęłam rękę.
-Hmm. kusząca propozycja... ok- podała mi dłoń.
Ścisnęłam jej dłoń, i wywróciłam. Zaczęłam ją kopać z całej siły, pistolet odkopnęłam, i ''związałam'' jej ręce na szyi.
Wszyscy patrzyli na mnie ze zdziwieniem.
-No co? Trenowałam kiedyś. Ryan, zadzwoniłeś po policję?-spytałam.
-Tak, już jadą.
Po tych słowach policjanci założyli jej kajdanki na ręce i zabrali ze sobą do radiowozu.
-Woow, Carly, nie wiedziałem, że tak potrafisz...- powiedział Ryan.
-Potrafię.- powiedziałam, i pobiegłam do łazienki bo zebrało mi się na wymioty.
-Carly?- zapytała Carol
Jacob tylko popatrzył na Ryana.
-Carly, dobrze się czujesz?- zapytała Carol
-Tak, tylko mam kaca...
-Myślałam, że wymiotuje się tylko jak się jeszcze jest pijanym, ale najwidoczniej się myliłam... Dasz radę pójść na zakupy?- zapytała Carol.
-Tak... Przecież tam też są łazienki.- odpowiedziałam.
-Kotku, dobrze się czujesz?- zapytał Ryan wchodząc do łazienki.
-Tak, już tak... Idziemy na zakupy, a wy sobie coś tam poróbcie.
-Na pewno już ci lepiej?- zapytał.
-Nie martw się tak o mnie, jestem już dorosła. Umiem sama o siebie zadbać- powiedziałam.
-Nie wątpię.- powiedział
-I dobrze.- powiedziałam, pocałowałam go i wyszłyśmy.
-Niezła robota stary.- powiedział Jacob.
-Co?
-Przecież ona jest w ciąży!
-Co?!
-Wymiotuje...
-To jeszcze nie oznacza, że jest w ciąży. Może ma kaca?
-Chłopie, jak tu przyszliśmy byłeś w samych gaciach.- powiedział Jac
-Oj weeź się...
Tymczasem u nas...
-Niedobrze mi...
-Carly, wróć się do domu i odpocznij.
-Nie, mieli sobie zrobić taki własny dzień, brat z bratem...
-To pojedziemy do mnie.- powiedziała Carol i zmieniła kierunek jazdy.
-Dobra...- powiedziałam zupełnie zmarnowana.
Gdy dojechałyśmy do domu, od razu pobiegłam do łazienki.
-Carly? Dzwonie po lekarza.
Lekarz przyszedł, zadał mi kilka pytań, zbadał i poszedł.
-Idź się połóż, ja zrobię ci coś do picia.
-Położę się, ale nie chcę niczego do picia.
-Ok, jak chcesz. Połóż się u mnie w pokoju.
-Spoko...
Spałam do 20, ale obudził mnie Ryan.
-Jejku, która godzina?- spytałam
-Dwudziesta, przenosimy się do nas.
-Tak tak...- powiedziałam. Gdy wstałam z łóżka, nogi odmówiły mi posłuszeństwa, i zaczęłam upadać. Na szczęście  Ryan mnie złapał.
-Jejku... co się ze mną dzieje?
Ryan zaniósł mnie do samochodu.
Od tamtego czasu minęły 3 miesiące. Trochę przytyłam, więc myślałam, że naprawdę jestem w ciąży. Miałam wizytę u ginekologa, żeby zobaczyć, czy naprawdę będę mamą.
Okazało się, że nie... i w dodatku, nie będę mogła mieć nigdy... Po powrocie do domu, rzuciłam torebkę w kąt i pobiegłam do sypialni.
-Spokojnie, kochanie... Wszystko będzie dobrze... Te badania na pewno się... pomyliły?
-Nie! Nie będzie dobrze! Pamiętasz, jak w Islandii pytałam się ciebie czy chcesz mieć ze mną rodzinę, dom... Odpowiedziałeś, że chcesz. A ja nie mogę ci dać tej rodziny... Odejdź ode mnie. Zostaw mnie. Znajdź inną.- mówiłam zapłakanym głosem.
-Co ty wygadujesz?! Oczywiście, chciałbym mieć dzieci, ale jeszcze bardziej chcę ciebie.
-Mówisz tak tylko dlatego, żebym nie była jeszcze bardziej przybita! Wiem, że mnie nie kochasz...
Ryan szarpnął mnie za ramię
-Patrz się w moje oczy! Patrz się w moje oczy! Widzisz powiększone źrenice?! Cholernie cię kocham! Nie masz prawa mówić inaczej!- zaczął krzyczeć.
-Widzę... Przepraszam...- powiedziałam, i znowu zaczęłam beczeć w poduszkę.
-Nie płacz...- powiedział i mnie pocałował.

IX Wyjazd

Minął tydzień od tamtego wypadku. Wszyscy postanowiliśmy wyjechać do Londynu. Spakowaliśmy się i w ósemke poszliśmy pożegnać się z tatą chłopców. Pan Stuff bardzo polubił nasze pieski, dlatego one też szły. Po pożegnaniu, pojechaliśmy na lotnisko. Po zważeniu i sprawdzeniu bagaży, poszliśmy już czekać na samolot. Czekaliśmy około 30 minut. Gdy samolot przyleciał, zobaczyłam, że wygląda tak samo jak ten, którym leciałyśmy kilka miesięcy temu... Bałam się, ale zarazem czułam się bezpieczna z Ryanem... Gdy weszliśmy na pokład i zajęliśmy miejsca, przytuliłam się do Ryana i zamknęłam oczy. Nie miałam zamiaru spać. Marzyłam...
-Carly! Carly, obudź się!- wołała Carol.
-Co jest...?- zapytałam zaspana- jednak usnęłam...
-Tak, i nie chciałaś się obudzić- powiedział Jac
-Martwiliśmy się- dodał Ryan.
-Niepotrzebnie, ale miło- odpowiedziałam.- Gdzie jesteśmy?
-Już nad Wielką Brytanią. Jeszcze jakieś półgodziny.- odpowiedział Jac
-Dobra, a gdzie Jenny?- zapytałam zdenerwowana
-U mnie na kolanach- odparła ze śmiechem Carol
-Wlazła ci na kolana? Ona jest ciężka!- powiedziałam- daj mi ją.
-Niee- powiedziała ze smutną minką Carol
-No doobra- odpowiedziałam jej.
Dolecieliśmy na lotnisko. Wezwaliśmy taksówki, żeby zawiozły nas do domu. Mieszkałyśmy z Caroline dwie ulice od siebie, jakieś 20 minut drogi samochodem bez korków.
Gdy dojechaliśmy do naszego domu, oprowadziłam Ryana.
-Gdzie ja śpię?- zapytał
-Kurczę... o tym nie pomyślałam... Dzisiaj możesz spać ze mną, a jutro ogarnę ci pokój brata...- posmutniałam.
-Nie smutaj...- powiedział Ryan i mnie przytulił.
-Nie mogę... mieszkam w domu, w którym zawsze byli koledzy mojego brata, mama krzątała się po kuchni, tata siedział przed telewizorem a ja kłóciłam się z bratem przy jego kolegach...- zaczęłam płakać.
-Spokojnie... Wszystko będzie dobrze, masz mnie.- pocieszał mnie.
-Kochasz mnie?- zapytałam.
-A czy gdybym cię nie kochał, przyjechałbym tu?
-Nie..
-Właśnie. Bardzo cię kocham- powiedział i przytulił mnie jeszcze mocniej.
-Ja ciebie też...
Gdy mnie puścił, zaproponował, że pójdzie z Jacobem do sklepu po potrzebne rzeczy, czyli jakieś mydła, jedzenie, picie itp. 
-Dobra, to ja sobie pójdę do Carol...
-Spoko. Z godzinę nas nie będzie, trzeba zrobić naprawdę duuże zakupy.
-Wiem, chodźmy. 
Weszliśmy do samochodu taty i pojechaliśmy do przyjaciół. 
-Siemka brat.- przywitał go Jac
-Siem, idziemy na zakupy, u nas nic nie ma.- powiedział Ryan
-Właśnie też chciałem do ciebie dzwonić.- oznajmił Jacob.
-No, a my sobie posiedzimy w domu. Kupcie jeszcze jakieś piwko- powiedziała Carol
-Ooo, to jest pomysł. Chodź, wkładaj ubranko i idziemy.
Gdy chłopcy wyszli, zaczął się babski wieczór.
-Jestem taka szczęśliwa.- mówiła Carol
-Ja też... ale tu pusto...- powiedziałam.
-Tak... Ale mimo to, jestem szczęśliwa... 
-Czemu? Rozumiem, że masz chłopaka, ale masz go już długo- powiedziałam z lekkim rozśmieszeniem
-Nie mam chłopaka.
-Co?- zdziwiłam się.
-Jacob mi się oświadczył- powiedziała z radością
Zaczęłyśmy piszczeć z radości.
-Pokaż pierścionek! Już!
Pokazała mi pierścionek, był piękny... 
-Wooow... Nieźle.
-Jejuu jak się cieszę. A jak tam u was? 
-Też jestem szczęśliwa... 
-Oświadczył ci się? O! Będziesz mamą?!- zapytała z podekscytowaniem Carol
-Co?! Nie! Jestem po prostu szczęśliwa z nim... Pomyśleć, że to wszystko mogłoby się nie wydarzyć... 
-No... A na pewno nie jesteś w ciąży?- zapytała Carol
-Nie! Nawet nie mam jak...- powiedziałam rumieniąc się.
-Juuż ja cię znaam- powiedziała podchwytliwie Carol
-No naprawdę! Byłabyś trzecią osobą, która by o tym wiedziała! 
-Jak trzecią?! A kto pierwszy, kto drugi? 
-No ja i Ryan... 
-A, chyba że tak.
-A może ty jesteś w ciąży..? Hmm?- zapytałam
-Ja? Yyy... nieee....
-Carol! Będziesz mamą?!
-Mówię, że nie. 
-Na pewno? 
-Tak. Też nie mam jak- powiedziała. 
-No dobra, wierzę ci. 
Nagle poczułam wibracje w kieszeni. Odebrałam telefon.
-Co jest?- zapytałam
-Jakie chcesz?
-Ale co? 
-Piwo noo.
-Weź byle jakie. Dla mnie nie ma znaczenia- odpowiedziałam.
-A Carol?
-Carol jakie chcesz?
-Jakieś malinowe.
-Malinowe. 
-Okej, pa
Rozłączyłam się. 
Czekałyśmy na chłopców jeszcze godzinę. W końcu przyszli, i zaczęliśmy melanż. Graliśmy w butelki na zadania. Kto nie zrobi, ma wypić całe piwo. Chłopcy trochę przesadzili, kupili 20 butelek...
-Carly, pocałuj Ryana.
-Ale problem.- powiedziałam i pocałowałam go. 
-Dobra, teraz... Carol. Przytul... Fleshmana.
Zaczęła się śmiać.
-Fleshman, do nogi.- krzyknęła, pies przyszedł i go przytuliła. 
Graliśmy jeszcze godzinę, ale w końcu się znudziliśmy i postanowiliśmy wypić wszystkie piwa. 
Taak... Upiliśmy się. Gdy wróciliśmy do domu... Poszliśmy ''spać''... 
Następnego dnia obudziłam się na potwornym kacu. Weszłam do kuchni w szlafroku, i zobaczyłam Ryana w samych bokserkach.
-Hej... Pamiętasz coś?- zapytałam.
-Nie, ale jak się obudziliśmy, to byliśmy w samej bieliźnie...
-Chyba nie myślisz, że my...?
-Zdaje mi się... 
Nic nie powiedziałam. Siadłam tylko na krześle na przeciwko Ryana. 
-Chcesz coś zjeść?- spytałam.
-Nie, dzięki. Zrobiłem ci kanapki. Idę się ubrać... 
-Spoko, dzięki...
Zrobiło się dziwnie. Bardzo dziwnie. Postanowiłam zjeść, ogarnąć się i wyjść z Carol na zakupy. 
Po godzinie byłam gotowa. Usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam.
-Hej, jest Ryan?
W tym momencie z pokoju obok wybiegł Ryan...
-Nicole?!- krzyknęliśmy razem.
-We własnej osobie- powiedziała z uśmieszkiem na twarzy...
Czyli to jednak nie był koniec...