środa, 7 maja 2014

VIII Szczęście w nieszczęściu

Po obudzeniu się zobaczyłam, że Ryan śpi koło mnie. Był taki słoodki. Nie ważne. Postanowiłam wstać z łóżka i się ogarnąć. Gdy wstawałam, Ryan obudził się.
-Sorka, nie chciałam cię obudzić.
-Nie no, spoko. Jak się czujesz?- zapytał zaspany.
-Lepiej...- powiedziałam wyglądając przez okno. Była tam Nicole.
-Ryan, chcę stąd wyjechać. Nie wiem z kim... ale nie chcę tu zostać. Boję się...
-Carly, spokojnie. Zastanów się...
-Ale ja się już zastanowiłam. Niszczę życie tobie, Jacowi, waszej rodzinie i sobie... Nie chcę tu zostać. Kupuje bilet na pierwszy samolot do Londynu...
-Nie uciekaj od problemów, rozwiązuj je!
-Ryan, ale... ja się boję. Zrozum to!
- Rozumiem, ale
-Nie ma żadnego ale!- przerwałam mu- nie rozumiesz mnie... ona chce się mnie pobyć!
-Mam pomysł! Zadzwońmy po policję. Będą obserwować nasz dom gdzieś z krzaków, nawet z okien, tylko mnie nie zostawiaj...
-Nie wiem...- powiedziałam i przytuliłam się do niego.
-Wszystko będzie dobrze.- mówił...
Kilka minut później poprosiłam Ryana, żeby zadzwonił po policje.
-..... Tak, i jeszcze jest jedna sprawa. Przyjedźcie normalnym samochodem, nie radiowozem, zaparkujcie gdzieś niedaleko ale nie pod domem i w normalnych ubraniach. I jeszcze wejdźcie tylnym wejściem, żeby was nie widziała.- prosił policjantów.
-Dobrze, zaraz będziemy.- oznajmił policjant.
-Dziękuję.
Pięć minut później policjanci byli już u nas w domu. Poprosili, abym pokazała im list, i poprosili Ryana aby wziął ukryty dyktafon i pogadał z nią.
-Cześć Ryaan. Już jej nie kochasz?- zapytała uwodzicielsko.
-Carly jest moją dziewczyną, i nigdy nie przestanę jej kochać.
-Już niedługo. Hmm... ciekawe, jakby wyglądała na twoim pogrzebie- powiedziała, wyjęła z kieszeni broń i strzeliła Ryana. W tym momencie policjanci wylecieli z domu i ją zaaresztowali... A ja? Zaczęłam beczeć i wybiegłam z domu... Podbiegłam do chłopaka, i przytuliłam mocno.
-Dzwoń po karetkę!- powiedziałam do Carol.
-Już...- odpowiedziała.
Beczałam jak głupia... Zniosłam to gorzej, niż śmierć rodziców, a przecież on żył.
-Przepraszam... to moja wina...- mówiłam zapłakana.
-Nic się nie stało... to nie twoja wina.- powiedział i złapał mnie za rękę.
W tym momencie przyjechała karetka.
-Musimy go zabrać.- powiedział lekarz.
Nie odpowiedziałam nic...
-Kocham cię.- usłyszałam tylko z ust Ryana.
-Ja ciebie też...- odpowiedziałam zapłakanym głosem.
Nie jechałam z nim do szpitala. Nie dałabym rady.
Podeszłam tylko do Caroline, i zaczęłam płakać. Ona mnie przytuliła i zaczęła pocieszać. Jacob zadzwonił do ich taty, i razem pojechali do szpitala, a ja z Carol zostałyśmy w domu. Carol zrobiła mi kawę, i zaproponowała rozmowę.
-Odkąd mamy chłopaków, mniej czasu ze sobą spędzamy... zauważyłaś?- spytała.
-Tylko ty masz chłopaka...
-Nie mów tak! Ryan wyzdrowieje! Zobaczysz! Obiecuję ci to!- powiedziała wstając z krzesła i uderzając pięścią w stół.
-Nie dam rady!- krzyknęłam i wybiegłam do pokoju...
Położyłam się na łóżku... Nie płakałam. Już nie. Postanowiłam się zdrzemnąć, a później ogarnąć się i pojechać do szpitala.
Nagle do Carol zadzwonił telefon.
-Co jest?- spytała nerwowo.
-Stracił dużo krwi, ale nic mu nie grozi.
-Całe szczęście.- odetchnęła z ulgą.
-A jak tam Carly?- spytał
-Zrobiłam jej kawę... myśli, że to wszystko jej wina... a teraz śpi.
-Pociesz ją, na pewno czuje się samotna.
-Wiem... Muszę kończyć, zrobię obiad i przyjedziemy do was. Pa
-Pa. 
Po tej rozmowie obudziłam się. Od razu zmyłam rozmazany makijaż i umalowałam się od nowa. Przebrałam się w szarą bluzę  białym napisem, zwykłe jeansy, szare trampki i zeszłam na dół.
-Jak się czujesz?- spytała Carol
-Lepiej... chcę tam pojechać.- oznajmiłam.
-Już jedziemy, spakuję tylko obiad. Dasz radę prowadzić w takim stanie?- spytała
-Nie wiem... 
-Spoko, ja będę tylko znajdź kluczyki.
-Są na szafce przy drzwiach, nie muszę szukać. Jest coś słodkiego?- zapytałam.
-Tak, masz jakieś żelki- powiedziała rzucając paczkę. 
-Dzięki. Jedziemy?
-Tak. Chodź.
Wyszłyśmy z domu i wsiadłyśmy do samochodu. Za 10 minut byłyśmy już w szpitalu. 
-Przepraszam, w jakiej sali jest Ryan Stuff?- zapytałam kobiety.
-Ten postrzelony?
-Tak, ten. 
-Numer 65, trzecie piętro.
-Dziękujemy bardzo.- powiedziała Carol, kiedy ja już byłam przy windzie. 
-Czemu nie schodami?- spytała.
-Mam problemy z kośćmi, trochę mi ciężko- odpowiedziałam.
-Aa no tak, zapomniałam.- powiedziała wchodząc do windy. 
Jechałyśmy około 20 sekund. Gdy weszłyśmy na korytarz, zaczęłam biec w kierunku sali 65. 
-60, 61, 62, 63, 64, 65, jest!- myślałam. 
-Ryan!- krzyknęłam z radością.
-Carly?- zdziwił się.
-Przepraszam, że nie przyjechałam od razu, nie dałabym rady.- powiedziałam trzymając jego dłoń. 
-Nie masz za co... tato...?
-Dobra, dobra, wychodzę.- powiedział ich ojciec. 
-To my też wyjdźmy.- powiedział Jac do Carol.
-Okej.
-Ryan, tak bardzo cię przepraszam... to moja wina... Ja ściągnęłam na ciebie Nicole... gdyby nie ja
-Gdybyś nie ty, nie byłbym szczęśliwy- przerwał mi- to nie jest twoja wina... Chciałem tylko obronić ciebie, ja się nie liczę. Nie wiem, co bym zrobił, jakby ci się coś stało.
-A pomyślałeś, jak ja się czułam? Gdybyś..... ech... świat by mi się zawalił.. 
-Nic mi się nie stało... spokojnie.- powiedział z zupełnym spokojem.
-Nigdy bym nie pomyślała, że mogę się tak w kimś zakochać... 
-Ja też nie wiedziałem, że chłopak może być zakochany tak, jak ja w tobie. 
Nie wiedziałam co powiedzieć, więc pocałowałam go, i wyszłam z sali. Usiadłam na krześle koło Carol, i zaczęłam się uśmiechać sama do siebie, jak psychicznie chora.
-Widzisz Jacob, tak wygląda dziewczyna, która naprawdę jest szczęśliwa. Rób tak, aby i twoja tak wyglądała- powiedział do Jacoba jego tata. Carol popatrzyła na Jaca, podeszła do niego, pocałowała i powiedziała
-Jestem szczęśliwa. Mam ciebie, Carly i Ryana... jesteście najlepsi.
Patrząc na nich, jeszcze bardziej się uśmiechałam. Byłam szczęśliwa. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz