czwartek, 8 maja 2014

XII Uwierzy?

Kilka godzin później obudziłam się w szpitalu. Koło mojego łóżka siedział Jack i Caroline.
-Heej. Jak się czujesz łamago?- zapytał brat.
-Zamknij się- odpowiedziałam, ale to było tylko takie droczenie się.
-Gdzie Ryan?- zapytałam.
-Ryan... on... zadzwonił po karetkę, przyjechał, ale był tu tylko chwilę.
-Zadzwoń po niego...- poprosiłam przyjaciółkę.
-Okej.- powiedziała Carol wychodząc z sali. Pewnie poszła do łazienki...
Usłyszałam z korytarza głos Ryana. Byłam bardzo szczęśliwa, że przyjdzie... Opowiem mu wszystko, i mi wybaczy.
Jednak, gdy Ryan zobaczył Jacka trzymającego mnie za rękę, od razu wyszedł z sali. Na korytarzu siedział Jac.
-Co ty do cholery robisz?!- zapytał Jac.
-Nie widzisz?! Zdradza mnie, i to przy wszystkich!
-Chodź tu, i wejdź do tej sali! Już!- zaczął mu rokazywać Jac.
-Po co?! Nie mam potrzeby, nie chcę jej już widzieć... Nie wiem, jak mogła mnie tak okłamać...
-Ale ona nie kłamała.
-Nawet ty jej bronisz?! Mój brat, i przyjaciel?! Dzięki.- powiedział odwracając się i biec...
-To jest jej brat!- krzyknął Jac.
-Co?- powiedział Ryan zatrzymując się, i odwracając.
-Naprawdę, myślała, że też zginął z rodzicami, ale zabrał go przepływający obok statek, i przeżył...
-Kur...- powiedział Ryan siadając na krzesło.
-Idź tam, i przeproś ich.
-Idę...
Za kilka sekund, zobaczyłam Ryana przy drzwiach. Zaczęłam się uśmiechać, i cieszyć jak głupia.
-Ryan... to jest mój brat...
-Wiem... Przepraszam... Byłem głupi... przepraszam...- powiedział siadając na drugim krześle koło mojego łóżka.
-Nie masz za co... A jak ja zareagowałam na Nicole? Jeszcze gorzej...
-Bez przesady...
-Ojj już cicho. To jest mój brat, Jack, a to mój narzeczony, Ryan.
-Miło mi.- powiedział Ryan.
-Sory... wiesz, odbiło mi na jej punkcie...
-Nie no, spoko. Wiem przecież, jakie to może być uczucie, też jestem chłopakiem. I nie dziwie się, że odbiło ci na jej punkcie, przecież to moja młodsza siostra.
-Jack!- powiedziałam szturchając go.
-Oj już cicho siedź, bo ci żyłka na czole pęknie.- mówił ze śmiechem.
Czasem nie mogłam go znieść, ale nie mogę sobie wyobrazić życia bez niego.
-Kiedy mnie wypisują?- zapytałam.
-Jutro będziesz w domu.- powiedział Ryan.
-Swoim, na dodatek- dodał Jack
-Nie myślę inaczej. Chyba z Tobą i Alex mieszkać nie będę. Macie własne życie, a my własne.- powiedziałam Jackowi.
W tym momencie na twarzy Ryana zagościł taki piękny uśmiech... Zawsze uśmiechał się inaczej... Poczułam teraz takie dziwne uczucie... Jakbym od nowa się zakochała... Ryan był chłopakiem moich marzeń: miał ciemną karnację, brązowe włosy, był opiekuńczy, kochający, lojalny, przystojny i co najważniejsze: wierny...
Nagle Jackowi zadzwonił telefon.
-Sorka, Alex. Muszę wyjść.- powiedział i wyszedł.
-Ryan... Powiedz mi, czemu nie mogę mieć dzieci?- zapytałam
-Możesz! Za kilka lat, będziemy mieli dwójkę pięknych bliźniaków. Chłopca i dziewczynkę.
-Lubię jak tak mnie pocieszasz...
-Ale to prawda. Uwierz mi. Będziemy szczęśliwą rodziną. Na pewno!- powiedział Ryan, i mnie pocałował.
W tej chwili, do sali wszedł uradowany Jack.
-Co się stało?- zapytałam.
-Alex... ja... ona... będę... dziecko...- nie wiedział jak to powiedzieć.
-Alex jest w ciąży?!- zapytałam.
-Tak!- wykrzyknął szczęśliwy.
-Aa... supper... gratuluję- powiedziałam ze smutkiem i zaczęłam płakać, choć tak naprawdę bardzo się cieszyłam.
-Carly?- zapytał Jack.
-Chodź... powiem ci coś...- powiedział Ryan do mojego brata, i wyszli  sali.
-No bo wiesz... Carly nie może mieć dzieci, i ten temat bardzo ją drażni... i zaczyna płakać.
-Um... serio?- zapytał ze smutkiem Jack.
-Tak... ale ja wierzę, że badania się pomyliły. Za kilka lat będziemy mieli dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę...
-Przykro mi... w sensie, że badania się pomyliły a ona w to wierzy...
Ryan nie odpowiedział nic. Odwrócił się, i wszedł do mnie do sali. Jack został na korytarzu.
______________________________________________________
Tja... to by było na tyle xd

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz