sobota, 24 maja 2014

Dziewczyna ze wsi II- Zaufanie

Gdy dotarliśmy na miejsce, zaprowadziliśmy konie do pobliskiej rzeki aby się napoiły, a potem rozłożyliśmy koce, rozpaliliśmy ognisko i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Postanowiłam, że w nowym roku szkolnym pójdę do szkoły, do której chodzi Luke. Położyłam się na kocu, i przykryłam się drugim. Zaczęłam patrzeć na niebo. Spełniało się moje marzenie... chciałam spać pod gołym niebem, z chłopakiem, na którym mi zależy. Nie kochałam go, ale zdążył być moim przyjacielem...
O drugiej nad ranem obudziły mnie krople deszczu. Rozejrzałam się, i się przestraszyłam. Luke'a i koni nie było nigdzie. Obok mnie las... Przestraszyłam się jeszcze bardziej, bo usłyszałam śmiech. Po chwili, zrobiło się jasno... odwróciłam się, i zobaczyłam... Luke'a trzymającego telefon przy twarzy, w dodatku pod kocem.
-Idioto!- krzyknęłam- Bałam się!
-O co?- mówił rozśmieszony.
-O ciebie się bałam! O konie się bałam! O ciebie się bałam...
-Powtarzasz się.
-Tak wiem! Idiota!- powiedziałam i odwróciłam się. Nadal stałam na deszczu, podczas, gdy on ma cieplutki kocyk na głowie. Mokry, ale cieplutki.
-Czyli nie chcesz koca? Trudno, więcej dla mnie.
-Oczywiście, że chcę!- powiedziałam wsuwając się tak, aby przy okazji się do niego przytulić.
-Czemu aż tak?
-Nie obiecuj sobie zbyt wiele. Zimno mi.
-Tak taak. Ziiimno...
Lekko szturchnęłam go w bok.
-Ałć! To bolało.
-Miało boleć- odpowiedziałam.
-Już się nie fochaj. No wiem, znamy się jeden dzień. Trudno. Idziemy spać?
-Pada!
-Wziąłem namiot.
-Debilu, czego wcześniej nie mówiłeś?!
-Nie przezywaj mnie... Smutno mi...
-Cicho. Za karę rozbijasz obóz.
-Po prostu ustawiam namiot...
-Mówiłam, cicho!- powiedziałam wchodząc na konia.
-Masz jeszcze jakieś koce w torbie? Te przemokły...
-Mam, nie bój się. Najwyżej cię przytulę.
-Nie waż się!
-I tak wiem, że jest ci taak ziiimno.- powiedział rozstawiając ręce, i pokazując ''jak mi zimno''.
-Zamknij się.
To było fajne. Znamy się jeden dzień, a sprzeczamy się jak ludzie, którzy znają się od urodzenia. Po kilku minutach, namiot był rozstawiony, a ja w końcu mogłam przykryć się cieplutkim kocykiem. Położyłam się, i usnęłam.
Rano obudziłam się przytulona przez Luke'a. Na początku chciałam go obudzić, ale był taki słodki, a mi było tak dobrze... postanowiłam udawać, że dalej śpię. Czyżbym się zakochała w kimś, kto miałby być moim przyjacielem? Gdy uświadomiłam to sobie, poczułam "motylki w brzuchu"... Gdy znowu prawie usnęłam, Luke się obudził. Nie chciałam się oficjalnie budzić. Luke wziął do ręki telefon, i zadzwonił do kogoś. Usłyszałam kawałek ich rozmowy.
-I jak tam ci z nią idzie?
-Luuzik. Kwestia paru dni, i już będzie moja.
-Ujeździłeś ją już?
-No co ty, padało w nocy. Nie miałbym jak!
-Dobra, lecę. Wszystko rób tak, żeby się nie domyśliła.
-Wiem, nic nie wie. Nara.
Dla mnie to wszystko, było jednoznaczne... poczekałam do momentu, aż Luke na chwile odejdzie od namiotu i jadę do domu.
Ten moment w końcu nadszedł. Chłopak poszedł. Szybko osiodłałam konia i pojechałam do domu. Carrie! Dlaczego jesteś taka tępa... przecież widzisz, jak on wygląda a jak ty! Co ty sobie myślałaś?! To wszystko... to ściema. Jesteś głupia...- myślałam przez całą drogę płacząc. Gdy wstawiłam konia do boksu, do stajni wszedł Luke.
-Czemu tak uciekłaś? Stało się coś?
-Tak! Kwestia paru dni, i już będzie moja... co to miało być?!
-Aa.. to... ale to nie o to chodzi, Carrie...
-A o co?! Wiesz co, myślałam, że jesteś inny. Że można ci zaufać, ale nie. Jesteś typowym facetem. Nic nie wartym facetem. Wyjeżdżaj sobie, nikt cię tu nie trzyma!- krzyknęłam na niego i wybiegłam zapłakana do domu. Gdy przebiegałam koło kuchni, mama zapytała:
-Carrie, co się stało?
Ale nie odpowiedziałam nic. Nie miałam siły... Położyłam się na łóżku, wtuliłam głowę w poduszkę i płakałam... Płakałam, bo zostałam zraniona, przez kogoś, na kim mi zależy... przez kogoś, kogo kocham...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz