niedziela, 8 czerwca 2014

Dziewczyna ze wsi V- List..

-Czego chcesz?- rzuciłam oschle.
-Carrie... to nie tak jak myślisz...- tłumaczył się.
-A jak? Po co ci to zdjęcie? Chciałeś upokorzyć byłą? Pokazać, że możesz sobie tak nami pomiatać?
-Tak... chciałem, ale jakimi nami?
-Mną i nią. Nie zasługujesz na bycie mężczyzną.- mówiłam oschle, ale nie płakałam. Tym razem byłam twarda.
-Carrie... proszę... przepraszam... naprawdę mi na tobie zależy...
-Fajnie. Ale mi już nie... jedź stąd.
-Ca...
-Jedź. Jak najszybciej.- powiedziałam, i zaczęłam iść.
Gdy przeszłam koło niego, zatrzymałam się. Chciałam rzucić mu się na szyję i pocałować... ale nie mogłam. Byłam zła. Stałam tak z pięć sekund, ale poszłam nie mówiąc ani słowa. Za chwilę byłam w swoim pokoju. Wzięłam słuchawki, telefon, włączyłam muzykę i zaczęłam tańczyć. Słuchałam muzyki z godzinę. W końcu zgłodniałam, zeszłam do kuchni, i zobaczyłam coś dziwnego. Mama była w kuchni sama, stajnia otwarta, samochodu na podjeździe brak. Szybko zrozumiałam, co się stało. Lecz zanim wyszłam, mama powiedziała:
-Córciu... wiem, że lubisz śpiewać... wręcz kochasz, a ja nie mam pieniędzy, żebyś mogła się uczyć... masz.- i podała mi kopertę. Nie wiem co w niej było, ponieważ szybko wybiegłam z domu na ulicę.
Rozejrzałam się, ale już nie widziałam samochodu. Pobiegłam do stajni, osiodłałam Angle i pojechałam do najbliższego miasta. Gdy przejeżdżałam przez most, zaczął robić się korek. Nie było jak się przecisnąć między samochodami, więc postanowiłam jechać chodnikiem. Gdy samochody już ruszyły, też postanowiłam już jechać poboczem drogi. Pojechałam do parku, i zadzwoniłam do mamy.
-Cześć, gdzie mieszka Luke?- spytałam.
-Oni.. mieszkają na osiedlu za lodziarnią. Numer domu 88.
-Okej, dzięki.- powiedziałam i rozłączyłam się. Doskonale wiedziałam, która to lodziarnia. To nasza stara lodziarnia, zanim tata umarł... mieszkaliśmy tu, i mieliśmy lodziarnie. Wieczorami jeździliśmy do wujka na wieś... Nieważne. Pognałam tam i zobaczyłam... nic nie zobaczyłam. Nie było samochodu, drzwi zamknięte, stajnia pusta, jak zawsze... Tylko jakieś śmiechy. Odwróciłam się, i zobaczyłam dziewczynę.
-Co, nie ma chłopaczka? Nie ma. Wiesz dlaczego? Bo jesteś tylko zabawką.
-Ale ja nie przyszłam do ciebie, wiesz?
-Ooo, dziewczynka ze wsi się znalazła.
-A ty pusta, plastikowa laleczka z miasta. Zgadłam?
-Myślisz, że mi coś zrobi, to że tak gadasz? Nic.
-Weź się tak nie spinaj, bo ci żyłka na czole pęknie.
-Niech sobie pęka. Zejdź z tego konia.
-Po co?
-Złaź. Nie bój się, nie zabiorę ci go. Mam ładniejsze.
Angle parsknęła, jakby na znak, że jej nie lubi.
-Okej.- powiedziałam i zeszłam.
Dziewczyna podeszła do mnie, i nadepnęła mi na buty obcasem.
-Co ty robisz?- zapytałam, z udawanym spokojem.
-Nie boli?- powiedziała przyciskając nogę jeszcze bardziej.
-A to?- spytałam.
-Któro?- zdziwiła się.
-To.- powiedziałam, i podstawiłam jej nogę pod kopyto konia.
Nie odpowiedziała nic, tylko pisnęła z bólu.
-Nie podskakuj mi więcej.- powiedziałam wsiadając na konia.
Usłyszałam samochód. Miałam nadzieje, że to oni... Nie myliłam się. Luke wyskoczył z samochodu, i podbiegł do mnie. Dziewczyna od razu pobiegła w drugą stronę.
-Kto to...?- spytałam.
-To moja była... Carrie, przepraszam...
-Wykorzystałeś mnie...
-Wcale nie. Naprawdę Carrie. Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła?
-Nie wiem... Nie wiem, czy ci uwierzę...
-To się zastanów. U mnie w domu.
Zgodziłam się. Zależało mi na nim, ale nie wiedziałam, czy mu wybaczę. Poszliśmy do jego pokoju.
-Rozgość się. Ja na chwilę pójdę do łazienki.
-Spoko... ładnie tu masz...- powiedziałam, ale nie odpowiedział bo wyszedł.
Minęło 5 minut, 10, 15... W końcu 20. Zaczęłam się martwić: zasłabł? Zapukałam do łazienki. Odpowiedział, więc już byłam spokojna. Kolejne 20 minut. Podeszłam do drzwi, i krzyknęłam
-Wchodzę!
Otworzyłam drzwi. Znowu zobaczyłam... to. Luke z żyletką w dłoni...
-Co ty robisz?!- krzyknęłam i wyrwałam mu ją.
-Przepraszam Carrie...
-To moja wina! Moja! Człowieku, przecież ja ci wybaczyłam!
-Naprawdę?
-Naprawdę! Boże... przepraszam cię. Znowu moja wina... Marnuję ci tylko życie...- powiedziałam już płacząc.
-To nie twoja wina... to jego wina...
-co?
-Mój kolega... jest... lubi chłopców...
-Serio...?
-Taa... i on jest zazdrosny...
-Tak, już rozumiem...- powiedziałam sięgając po apteczkę.
-Carrie, co za koperta?- spytał.
-Mama mi ją dała, ale nie czytałam co jest w środku.
-Przeczytaj teraz.
Ohayo, Carrie! 
Jestem Mizuri, śpiewam w japońskim zespole.
Poszukiwaliśmy piosenkarki.
Twoja mama zgłosiła nas do konkursu, i wysłała nam twoje nagranie. 
Opisała nam też twoją historię. 
Śpiewamy po Japońsku, ale spokojnie.
Będziemy cię uczyć. 
Bilet masz kupiony, odbierzemy cię z lotniska. 
Mizuri, Isao, Isamu.

-Woow...- powiedział oszołomiony.
-Luke... nie pojadę. Nie mogę. 
-Musisz! 
-Nie pojadę!- krzyknęłam owijając mu rękę. 
-Pojedziesz. 
-Nie.
-Ja tak mówię, i tak ma być. Jedziesz. Nie możesz zmarnować takiej szansy.- przekonywał mnie.
-Ale nie zostawię mamy... ciebie...
-Nam nic nie będzie. Będę tu na ciebie czekał.- powiedział i pocałował mnie delikatnie.
-Obiecujesz mi...?
-Oczywiście.
-Dziękuję...- powiedziałam, i przytuliłam się do niego.
-Nie ma za co...- odpowiedział i pocałował mnie w czoło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz