Wiodłam spokojne i monotonne życie w małej wiosce na wschodzie Elfiego Królestwa.
Aż do tego feralnego dnia...
Do naszej osady przyjechali żołnierze wraz z jakimiś tajemniczymi postaciami. Mieli długie peleryny z kapturami skrywającymi ich twarz.
Każde dziecko w wieku od 14 do 16 lat, dziewczynki i chłopcy mieli stawić się na pobliskiej łące.
Wszystkich bardzo zdziwiły te rozkazy, ale cóż musieliśmy to zrobić.
Spotkałam na miejscu sporą grupkę osób. Przysiadłam na trawie i wpatrywałam się w horyzont. Niebieskie niebo, pokryte niezliczoną ilością chmur górowało nad nami. W oddali stał stary i potężny las. Niedaleko iskrzyła się w promieniach słońca niebieska rzeczka. Widziałam gniade, kasztanowe i białe konie ścigające się ze sobą.
Nagle wszyscy zerwali się na równe nogi, a ja poszłam za ich przykładem.
-Ustawcie się w rzędzie!- rozkazał jeden z żołnierzy.
Zrobiliśmy to. Zakapturzone postacie przyglądały się nam.
Kazali kilkoma osobom odejść z szeregu. Po chwili nakazali nam iść za sobą. Zaprowadzili nas do kołczanów pełnych strzał, obok łuków. Naprzeciwko stały tarcze. Ucieszyłam się zawsze lubiłam strzelać z takiej broni.
Ustawiliśmy się. Każdy chwycił łuk, naciągną cięciwę ze strzałą, obliczył wszystko i wystrzelił. Moja strzała trafiła prawie w sam środek tarczy. Rozejrzałam się. Moim sąsiadom nie poszło tak dobrze, ale i nie najgorzej.
Bezimienni (tak ich nazywam) oglądali tarcze. Pokiwali głowami do siebie i wrócili na dawne miejsce.
-Za mną!- rozkazał jeden z nich i ruszył do przodu w stronę lasu.
Wykonaliśmy polecenie.
Zaprowadził nas na jego skraj.
-Ustawcie się jedno za drugim!
Zrobiliśmy to. Po chwili usłyszeliśmy dalsze instrukcje:
-Każde z was ma w jak najkrótszym czasie wejść na to drzewo!- wskazał palcem na stary, bardzo rozgałęziony dąb.
Po jakichś 15 minutach nadeszła moja kolej. Wzięłam głęboki wdech dla uspokojenia. Gdy zobaczyłam sygnał jak najszybciej jak potrafiłam podbiegłam do dębu. Chwyciłam solidną gałąź, podciągnęłam się i weszłam na nią. Potem chwyciłam kolejną, podpierając się stopą na innej wspięłam się wyżej. I tak kilka razy. Usłyszałam krzyk:
-Wystarczy!
Zerknęłam w tamtą stronę, kiwnęłam głową i zaczęłam schodzić.
Cały czas szukając solidnego oparcia schodziłam na dół. Kiedy od ziemi dzielił mnie jedynie metr zeskoczyłam zgrabnie lądując.
Niektórzy patrzyli na mnie z aprobatą, a ja na to podnosiłam tylko brew w niemym pytaniu.
+ O co im chodzi? +- myślałam. Nagle doznałam olśnienia.
+ Uznali, że się popisywałam tym skokiem! + pokręciłam smutno głową.
***
Takie testy trwały jeszcze przez 3 dni. Sprawdzali jak sobie radzimy z bronią, w lesie, jaką mamy kondycje.
Czwartego dnia kazali nam się zebrać na dziedzińcu. Jeden z żołnierzy trzymał pergamin. Kiedy wszyscy się już zebrali zaczął czytać nazwiska. Gdy skończył wszyscy wyczytani mięli stawić się pod ścianą świątyni.
Jednym z wybranych byłam ja i moja przyjaciółka, Nessa.
-Spakujcie najpotrzebniejsze rzeczy i jutro rano stawcie się tutaj. Więcej dowiecie się o wschodzi słońca.
Wszyscy pokiwali głowami przyjmując te słowa do wiadomości. Po chwili wszyscy zaczęli się rozchodzić.
Ja też poszłam do domu. W chacie w której mieszkam paliła się świeczka na stole, a jej światło odbijało się na szklanej powierzchni. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je najciszej jak tylko potrafiłam. W progu powitała mnie mama, wielkim uśmiechem. W jej spojrzeniu dostrzegłam troskę. Usiadłam do stołu, a moja rodzicielka postawiła prze de mną talerz z zupą. Ukroiła pajde chleba i już miała podać mi ją, a kiedy dostrzegła moje dłonie, czarne od gleby i innych rzeczy.
-Idź umyj ręce.
Zastosowałam się do jej polecenia.
Po chwili wróciłam i zjadłam ze smakiem posiłek.
Podziękowałam i poszłam do swojego pokoju spakować się.
Wyjęłam z pod łóżka walizkę i wyjęłam z szafy kila ubrań, mój ulubiony sztylet.
Spakowałam też jedzenie które przygotowała mi mama, a potem wszystko położyłam koło szafy.
Umyłam się i położyłam spać.
Po chwili byłam już w krainie snów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz