niedziela, 17 sierpnia 2014

Historia Luthien cz.4

Nagle pojawiły mi się czarne plamki przed oczami. Straciłam siły. Zmiękły mi kolana. Upadłam, usłyszałam jeszcze czyjeś kroki.
-Nie krzywdźcie ich...-szepnęłam i zapadła ciemność.
Byłam w jakimś lesie. Na drzewach były zawieszone świeczniki. Stała przy nich jakaś postać.
Odwróciła głowę w moją stronę. To kobieta, miała czarne, lekko pofalowane, kruczoczarne włosy. Blada cera, a na niej pomalowane czarną szminką, pełne usta. Patrzyła na mnie oczami bez wyrazu.
-Gdzie ja jestem?
-Widzisz te świeczki?
Skinęłam głową.
-To są życia innych stworzeń. Ludzi, zwierząt i innych.
-A co ja tu robię?
-Nie wiem. W jakich okolicznościach się tu znalazłaś?- miała melodyjny głos, ale mówiła bez jakichkolwiek uczuć.
-Stworzyłam barierę, aby wilki nie zaatakowały ludzi. Po jakimś czasie zemdlałam i pojawiłam się tutaj.
-Zaskakujące... Myślę, że powinnaś już wrócić.
Powiedziała i zdmuchnęła z dłoni jakiś proszek w moją stronę. Przed moimi oczami znów pojawiły mi się czarne plamki.
Obudziłam się i rozejrzałam się w okół. Byłam na skraju lasu.
-Co się stało?- zapytałam.
-Zemdlałaś.-powiedział.
Zerwałam się na równe nogi i szybko pobiegłam do lasu. Nie było tam ich.
*Poprosiłam je, aby stąd uciekły.*
Westchnęłam z ulgą. Znów wyszłam z lasu i spojrzałam na nich wyzywająco.
-Zabraniam wam ścinać te drzewa!-wydarłam się- Nie macie najmniejszego prawa tego robić! To jest część naszej planety i ekosystemu, która jest bardzo ważna! Jeśli będzie trzeba to będę się o ten las bić!- wrzeszczałam z hardą miną.
Patrzyli na mnie w osłupieniu.
-No co?!- skrzyżowałam ręce na piersi i czekałam na ich reakcje.
Z lasu wyłoniła się Nirvana. Podeszła do mnie i musnęła mój policzek.
-Jeszcze chwilka. Idź do Meleris ja dołączę później.
Parsknęła niespokojnie. Zaśmiałam się i szepnęłam jej na ucho:
-To zostań ze mną, ale oni nie mogą się dowiedzieć, że cie rozumiem (zaczęłam ją rozumieć dziś rano).
Odwróciłam się w ich stronę i spojrzałam wyczekująco.
-Zdecydowaliście się już?- zapytałam.
Nadal stali w osłupieniu. Wzruszyłam ramionami i poszłam w stronę rzeki (płynie dokoła lasu).
Klacz ruszyła przodem, a ja za nią podziwiałam widoki. Byliśmy na łące pełnej polnych kwiatów.
-Jak masz na imię?- usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam się. Szedł za mną tamten chłopak ,,szef dryblasów''.
-Nie muszę ci mówić. I nie zamierzam- odwróciłam się od niego- Zdecydowaliście się?
-Nie powiem dopóki nie wyjawisz mi swojego imienia.
Westchnęłam.
-I tak będziecie niszczyć ten las. Drzewa które pamiętają najstarsze dzieje. Rośliny, które są na wyginięciu... wszystko przepadnie. Nie powróci. Nasza historia, nasze legendy... wszystko pamiętają te drzewa, a wy chcecie je ściąć. Dlaczego? Papieru brakuje? Desek na dom?
Odwróciłam się w jego stronę oczekując odpowiedzi. Moje długie, czarne, proste włosy powiewały na wietrze.
Przyglądał mi się. Staliśmy tak jakieś 5 minut. Poczułam obecność Nirvany. Musnęła mój policzek, a ja mimowolnie się uśmiechnęłam.
Odwróciłam się w jej stronę i wskoczyłam jej na grzbiet.
-Masz czas do zachodu słońca. Wtedy tu przybędę i będę oczekiwać odpowiedzi!- pochyliłam się do jej ucha i szepnęłam- Pędź do domu.
Usłuchała. Pędziłyśmy niczym wiatr.
*Zawiezie cię do wioski*- poinformowała mnie Meleris.
Dotarłyśmy tam w jakieś 10 minut.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem, wiem okropnie krótkie...Wybaczcie! Brak weny... :'(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz